ArtykulyPowiązania

Rowerem do Kopenhagi

Nasz dobry znajomy odbył styczniową wycieczkę rowerową z Wrocławia do
Kopenhagi. A jak tam dotarł, co się działo po drodze i na miejscu,
malowniczo opisał.

Dominik Dobrowolski

Dominik Dobrowolski u celu podróży

Reklama dźwignią handlu.  Pędzę więc na spotkanie z dziennikarzami, z którymi, tak symbolicznie, umówiłem się pod wrocławskim pręgierzem. Chcę im opowiedzieć o celach wyprawy i pokajać się za klimatyczne grzechy ludzkości. Jestem na rogatkach Wrocławia, a tu jakiś baran po Sylwestrze zapewne, zostawił pobite szkło na rowerowej ścieżce. (Ścieżce – chociaż to coś ma tylko wymalowane pasy na połamanych chodnikowych płytach – to taki bezkosztowy pomysł urzędników na ścieżki). Oczywiście guma, w przednim. To dobry znak na początek rowerowania do Kopenhagi. Rozdzwaniają się telefony zniecierpliwionych dziennikarzy, a ja w wydłubuję kawałek butelki po „sowietskim igrisoje” z opony i łatkę na dętkę naklejam. I tak dobrze, spóźniłem się zaledwie 5 minut.  Na początek TVN 24, red. Kuźniar ze studia w Warszawie powątpiewa w zmiany klimatyczne. Radzę mu, aby wyjrzał za okno i przesiadł się na rower. Wrocławscy dziennikarze bardziej życzliwi. Ja się nagadałem, życzą mi powodzenia. Zatem, oficjalnie już wystartowałem. Przede mną tylko droga; „żadnych gierek”.

Rowerem

Jadę koło nowego stadionu. Kosztował 500 mln złotych i ponoć mają się trzy mecze na nim rozegrać. W Klagenfurcie stadion po mistrzostwach rozebrali. Gdzie tu sens? „Chleba i igrzysk” – jakbym słyszał głos  starorzymskiego poety Juwenalisa. Wyjeżdżam z miasta, w rowach, w krzakach, na chodnikach sterty śmieci. Zima bez śniegu obnaża. 

pl Czytaj więcej w cycling-recycling

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly