ArtykulyPowiązania

Ustawa przeciwko znienawidzonemu BP

Możemy nie mieć pieniędzy na odszkodowania za wyciek ropy w Zatoce
Meksykańskiej, jeśli Waszyngton zakaże nam poszukiwań w tamtym rejonie –
ostrzega koncern BP. Formalnie rzecz biorąc, poprawki w prawie o
eksploatacji podmorskich złóż u wybrzeży USA, które Izba Reprezentantów
przyjęła 30 lipca, nie mają z BP nic wspólnego. Zabraniają one odwiertów
wszystkim firmom naftowym, które miały na swoich platformach
przynajmniej dziesięć wypadków śmiertelnych. A także firmom, które w
ostatnich siedmiu latach zostały ukarane grzywną 10 mln dol. za
zanieczyszczenie środowiska morskiego.

BP

Ale tak się dziwnie składa, że jedyną firmą na świecie, która pasuje do powyższego opisu, jest koncern BP. Wybuch jego platformy w Zatoce Meksykańskiej, 500 km od wybrzeży Luizjany, spowodował śmierć 11 osób. I był to dopiero początek największej katastrofy ekologicznej w historii USA – przez następne miesiące do morza wyciekły miliony baryłek ropy.

Od feralnego wybuchu relacje między BP i amerykańskim rządem były z każdym tygodniem coraz bardziej napięte. Amerykanom nie podobało się, że do czyszczenia plaż Luizjany z ropy BP zatrudniał więźniów lub ciemnoskórych robotników, a kolejne próby tamowania wycieku nie dawały rezultatów.

BP próbował ratować sytuację, ogłaszając, że utworzy fundusz 20 mld dol. na likwidację skutków katastrofy. Zgodził się też wypłacić 100 mln dol. pracownikom innych platform, którzy stracili pracę z powodu wybuchu – po katastrofie rząd USA ogłosił półroczny zakaz nowych odwiertów w Zatoce. Przeznaczył także 500 mln dol. na badania skutków wycieku i wreszcie podarował 77 mln dol. na promocję turystyki w stanach Floryda, Missisipi, Alabama i Luizjana. W ten sposób koncern chciał zrekompensować tamtejszym hotelarzom i restauratorom straty z powodu ucieczki turystów po wycieku.

Wszystko to mało. Gubernator Luizjany Bobby Jindal domaga się na przykład 173 mln dol. na testy i promocję owoców morza z Zatoki. No i jest feralna poprawka, która wprawdzie nie stała się jeszcze obowiązującym prawem, bo musi ją przegłosować Senat, ale wisi nad BP niczym miecz Damoklesa.

– Ryzyko dopuszczenia tak groźnych koncernów jak BP do dalszych poszukiwań surowców u wybrzeży Ameryki byłoby zbyt wielkie – twierdzi kongresmen George Miller, autor poprawki. – Mimo wielu wypadków i wielu kar, które musieli zapłacić w ostatnich latach, zupełnie nie zmienili swojego zachowania.

– Zakazanie nam prac w Zatoce poważnie wpłynie na naszą płynność finansową i będzie nam znacznie trudniej wywiązać się z zobowiązań – stwierdził wczoraj David Neagle, wiceprezes amerykańskiego oddziału BP.

Eksploatacja złóż Zatoki jest jednym z głównych źródeł dochodu BP – przynosi mu jedną czwartą zysków, czyli od pięciu do siedmiu miliardów dolarów rocznie. Zagrożenie dla finansów jest więc poważne, w dodatku szefowie koncernu uważają, że w Ameryce trwa nagonka na nich. Jej odpryski dotarły nawet do Grenlandii, która ogłosiła przetarg na odwierty u swoich wybrzeży i poinformowała koncern BP, że nie jest w tym przetargu mile widziany.

– Po katastrofie podjęliśmy zobowiązania finansowe znacznie wykraczające ponad to, czego wymaga od nas prawo – mówił wczoraj rzecznik firmy Andrew Gowers. – Nie chcę odnosić się do obiecanych 20 mld dol., ale obawiam się, że jeśli Kongres przyjmie poprawkę, możemy utracić zdolność zgromadzenia tych pieniędzy.

To zabrzmiało już jak zawoalowana groźba, choć rzecznik zaraz dodał: – Nie wycofujemy się, tylko wyrażamy naszą frustrację, że nasza dobra wola nie spotyka się w pewnych kręgach z życzliwą odpowiedzią.

Z ogłoszonego w czwartek raportu BP wynika, że akcja ratunkowa była bardzo pouczająca dla inżynierów koncernu i pozwoli znacznie szybciej tamować podobne wycieki w przyszłości. BP rozpoczął ostateczny etap zabezpieczania złoża, z którego przez trzy miesiące (do połowy lipca) ciekła ropa – wymianę zaworu przeciwwybuchowego, który zawiódł w kwietniu.

Ale ta optymistyczna wiadomość zupełnie przepadła w szumie wokół nowego pożaru, do którego doszło w czwartek wieczorem w Zatoce. Tym razem zapaliła się platforma 150 km od brzegu należąca do małej w porównaniu z BP amerykańskiej firmy Mariner Energy. Wszystkich 13 pracowników platformy, którzy wskoczyli do morza w kamizelkach ratunkowych, uratowano, a do żadnego wycieku nie doszło. Pożar chyba w ogóle nie był związany z wydobyciem, bo wybuchł w części mieszkalnej platformy.

Był to więc niewielki incydent, którego normalnie pewnie by nie zauważono, bo w ostatnich 10 latach na platformach w Zatoce odnotowano prawie 900 pożarów i eksplozji. Ale po wpadce BP ten mały pożar stał się obok huraganu „Earl” grożącemu Wschodniemu Wybrzeżu głównym tematem amerykańskich telewizji. Obrońcy środowiska od razu wydali oświadczenia, że pożar dowodzi tylko, iż półroczny rządowy zakaz nowych odwiertów w Zatoce jest słuszny i należy go przedłużyć.

W takiej atmosferze BP niełatwo będzie przekonać senatorów, by odrzucili feralną dla koncernu poprawkę.

pl Źródło: Gazeta Wyborcza

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly