W zeszłym miesiącu główny doradca naukowy brytyjskiego rządu, profesor John Beddington, przepowiedział, że do roku 2030 nastąpi katastrofa na poziomie globalnym. Podstawą takiego twierdzenia było proste założenie, że światowe zapotrzebowanie na żywność, wodę pitną oraz energię stale rośnie, zaś zasoby tych niezbędnych dóbr maleją. Efektem tego mogą być niepokoje społeczne i konflikty międzynarodowe.
Jeśli ten scenariusz stanie się rzeczywistością, już mogę sobie wyobrazić głosy przyszłych pokoleń zadające nam – zwłaszcza tym z nas, którzy mieli przywilej i związaną z nim odpowiedzialność, wypowiadania się w imieniu społeczeństwa – następujące pytania.
– Czy wiedziałeś o katastrofie przewidzianej przez profesora Beddingtona? – Tak właściwie to wiedziałem.
– Czy fakt, że profesor jest głównym doradcą brytyjskiego rządu, nie był dla Ciebie wystarczająco wiarygodny, by jego wypowiedź stała się alarmująca?
– Tak właściwie to był.
– Czy nie wydaje Ci się raczej mało prawdopodobnym, by główny doradca brytyjskiego rządu był niespełna rozumu, a jego opinie uważano za lekkomyślne?
– Raczej nikłe szanse…
– Może więc profesor był osamotniony w swoich poglądach?
– Niestety, nie.
Dwa tygodnie temu czterech naukowców, należących do CSIRO (Commonwealth Scientific and Industrial Research Organisation), aczkolwiek mówiących w imieniu swoim, a nie organizacji, zostało wezwanych przed senat, by wypowiedzieć się w sprawie dotyczącej emisji dwutlenku węgla. Nie tylko wyrazili oni przekonanie, że reakcja Australii na problem jest niewystarczająca, ale jeden z naukowców, dr Michael Raupach, powiedział: „No cóż, uważam, że środowisko naukowe jako całość, wliczając w to każdego klimatologa, jakiego znam z CSIRO, uważa, że po pierwsze: zmiany klimatu są poważnym problemem oraz po drugie: globalne strategie, mające rozwiązać problem, na dzień dzisiejszy, są niewystarczające”.
– I co w związku z tym? – powie głos z przyszłości, który widział, jak przepowiednia profesora Beddingtona stała się prawdą. – Co zrobiliście? Odpowiedź większości z nas zabrzmi: – Praktycznie nic.
W tym momencie pewnie niektórzy z czytelników tego artykułu uniosą się, mówiąc: – A co, jeśli profesor Beddington i inni jemu podobni nie mieli racji? Zaraz zaczną też cytować wypowiedzi innych naukowców, potwierdzające ich wątpliwości, z których wiedzą nie mam szans dyskutować, tak samo jak nie czuję się kompetentny, by dyskutować z wiedzą profesora Beddingtona.
Zawsze znajdzie się jakiś ekspert o odmiennej opinii. Czy, w związku z tym, mam w ogóle nie mieć opinii, gdy (1) mam prawo głosu i (2) nie jestem gorzej przygotowany do dyskusji, niż wielu z tych, którzy obecnie żywo zabierają w niej głos?
Co wiem? To, że 25 lat temu, gdy przeprowadzałem się do australijskiego stanu Victoria, stan ten reklamował się jako Stan Ogrodów (Garden State). Spójrzcie na niego dzisiaj…
W grudniu, gdy jechałem nad Jezioro Bolac w zachodniej Victorii, mijałem po drodze stosunkowo nowy znak, na którym napisane było „dom sportów wodnych” oraz kilka innych nowych znaków, informujących, gdzie można zacumować swoją łódź. Problem w tym, że w jeziorze wcale nie było wody…
Już słyszę głosy, mówiące: – Być może jezioro wysychało także wcześniej? Być może i tak. Ale na przestrzeni ostatnich trzech lat nad Jeziorem Bolac odnotowano najwyższą oraz najniższą temperaturę od czasu, gdy zaczęto ją tam w ogóle mierzyć. W tym okresie jezioro zostało także nawiedzone przez tornado, które między innymi zupełnie zmiażdżyło silos z pszenicą.
Jeżdżąc po Victorii przez ostatnią dekadę, obserwuję, jak z każdym rokiem stan ten coraz bardziej wysycha. W lutym mieliśmy w Victorii pożary. Ktoś powiedział mi, że pożary buszu były znacznie gorsze w roku 1851. Czy jednak pożary z roku 1851 pojawiły się w tym samym czasie, gdy inna część Australii zmagała się z rekordowymi opadami deszczu, które powodowały powodzie - tak, jak obecnie? Czy w tym samym czasie z całego świata nadchodziły raporty o anomaliach pogodowych – tak, jak obecnie?
W tym miesiącu znowu powrócił temat debaty o osobach oczekujących na azyl w Australii. Do dzisiaj debata ta miała charakter drugoplanowy. Jednak, jeśli profesor Beddington ma rację, jeśli państwa takie jak Indie czy Chiny doświadczą znaczących braków pożywienia czy wody pitnej, to już w ciągu dekady możemy obudzić się w świecie, gdzie setki milionów ludzi będzie zmuszonych do migracji.
Obecnie trwająca debata polityczna mogłaby wskazywać na to, że utrzymanie wzrostu gospodarczego jest nadal głównym celem polityków. W rzeczywistości problem ten mógł już przejść do historii.
Potencjalne problemy, z których powoli zaczynamy zdawać sobie sprawę, są wręcz niewyobrażalnie ogromne i złożone.
Jeśli zgadzasz się z tym, że spalanie paliw kopalnych na masową skalę jest podstawową przyczyną zmian klimatu, powinieneś zdawać sobie również sprawę z tego, że ta praktyka przeplata się z ogromną liczbą współczesnych ludzkich działań – od przemysłu po sport, od medycyny do budownictwa.
Wielu ludziom na ziemi zależy na utrzymaniu tego stanu, a w konsekwencji także politycznej opieszałości i chaosu informacyjnego.
Prawo brytyjskie opiera się na założeniu, że ludzie działają racjonalnie. Wydaje mi się, że racjonalnie zachowujący się człowiek, wyciągnąłby wnioski z doniesień z całego świata, z którymi ma do czynienia każdego dnia i zdał sobie wreszcie sprawę z tego, że ma poważny powód, by zacząć się wreszcie przejmować środowiskiem.
Z mojego doświadczenia wynika, że większość ludzi powinna przyznać teraz, że rzeczywiście coś jest z tym klimatem. Ale jeśli zapytałbym ich: – Czy dojdzie do jakichś drastycznych zmian? to pewnie powiedzieliby: – Możliwe, ale nie za mojego życia.
Tylko do czego prowadzi takie podejście? Mam wnuczkę, która w roku 2030 będzie obchodziła swoje 21 urodziny. I jaki mogę dać jej prezent z tej okazji? Pewnie tylko to, że zanim zacznę mówić o zmianach klimatu, będę przypominał sobie, że to nie żadna medialna rozgrywka i że ludzie podchodzą coraz poważniej do tego, że jestem – my wszyscy jesteśmy – odpowiedzialni za przyszłość naszą i przyszłych pokoleń.
więcej w brisbanetimes









