W 2004 roku Stephen
Pacala i Robert Socolow opublikowali artykuł w
czasopiśmie Science, w którym argumentowali, że pragmatycznym (choć wciąż
trudnym) podejściem do stabilizacji w długim okresie poziomu atmosferycznego CO2
jest zastosowanie w nadchodzących 50 latach siedmiu tzw. „klinów
stabilizacyjnych”, reprezentujących jedno z
działań technologicznych lub społecznych, których wprowadzenie w życie
pozwoliłoby stopniowo zredukować emisję CO2. Redukcja byłaby
początkowo niewielka lecz rosnąc liniowo w czasie osiągnęłaby z roku na rok coraz
większy wpływ na emisje, w efekcie stabilizując poziom emisji na poziomie z 2004
roku (około 7 gigaton węgla na rok) prze najbliższe 50 lat (patrz rysunek
poniżej).
Te siedem
klinów zostałoby wybranych spośród większego zbioru piętnastu możliwości, obejmujących
dobrze znane metody redukcji emisji, takich jak zwiększenie efektywności energetycznej
pojazdów i budynków, wychwytywanie dwutlenku węgla w elektrowniach węglowych, rozbudowę
energetyki jądrowej oraz obniżenie poziomu wylesienia i emisji spowodowanych kultywacją
ziem rolnych. Łącznie, działania te pozwoliłyby spowolnić tempo narastania
stężenia gazów cieplarnianych w atmosferze dając nam szansę na transformację
światowej gospodarki do energii odnawialnej i osiągnięcie w następnych 50
latach zerowych emisji dwutlenku węgla. Taki drastyczny spadek emisji w tym
drugim 50-cio letnim okresie wymagałby natychmiastowego rozpoczęcia badań
naukowych potrzebnych do opracowania technologii, które mogłyby być w przyszłości
wprowadzone w życie. Równocześnie same kliny wymagałyby już od dzisiaj solidnego
i wszechstronnego wysiłku.
Robert Socolow właśnie zaktualizował
swoją analizę. Porównanie sytuacji z tą sprzed siedmiu lat nie wygląda niestety
zbyt optymistycznie. Po pierwsze, strategie redukcji emisji nie zostały
wdrożone, a zamiast tego byliśmy świadkami szybkiego wzrostu emisji, które
rocznie wynoszą już 9 Gt C/rok. Czyli w ciągu zaledwie siedmiu lat emisje
wzrosły o 2Gt na rok. Biorąc pod uwagę naturalne pochłanianie, wywołało to
wzrost poziomu dwutlenku węgla w powietrzu w tym samym czasie o 13 do 14 ppm.
Ale to jeszcze nie wszystko. Jak zauważa Socolow, jeśli ustawimy zegar na rok
2011 i rozpoczniemy w tym roku naszą strategię klinów, to dojdziemy do wniosku,
że potrzebne jest nam dzisiaj nie siedem a dziewięć klinów na podobnym poziomie
efektywności jak te pierwsze siedem, żeby osiągnąć ten sam cel, czyli
utrzymywanie emisji na stałym poziomie przez następne 50 lat.

Rysunek 1.
Idea klinów stabilizacyjnych, obecna sytuacja porównana z rokiem 2004
Nawet zaś jeśli
zaczęlibyśmy wprowadzać ten plan od dzisiaj w życie, stabilizując emisje na
niezmiennym poziomie przez najbliższe 50 lat i obniżając je stopniowo do zera
przez następne 50 lat, to końcowym efektem w roku 2111 będzie dodanie do
atmosfery ok. 50 ppm CO2 więcej niż gdybyśmy rozpoczęli ten proces w
roku 2004. Jest to równoważne dodatkowemu wymuszeniu około 0,5 W/m2,
co odpowiada w przybliżeniu dodatkowemu wzrostowi globalnych temperatur o 0,4
stopnia Celsjusza (przyjmując czułość 3 stopni Celsjusza na podwojenie ilości
CO2 oraz zakładając, że te dodatkowe 50 ppm zostanie dodane do tego,
które by nastąpiło gdybyśmy rozpoczęli strategię klinów w 2004 roku). Innymi
słowy, siedem lat zwłoki – nawet gdybyśmy natychmiast zaczęli i konsekwentnie
wprowadzili w życie tą strategię w ciągu następnych 100 lat – ma znacznie
większe konsekwencje dla klimatu w nadchodzącym wieku, niż by się mogło wydawać
na pierwszy rzut oka.
Czy jesteśmy
wobec tego gotowi zacząć wprowadzać strategię klinów i poświęcić środki na potrzebne
badania, żeby osiągnąć radykalne obniżenie emisji w latach 2061 do 2111? Czy raczej
za kolejne siedem lat, w roku 2018, będziemy cytować podobną analizę dorzucając
kilka dodatkowych klinów i następne (w perspektywie) 50 ppm lub więcej do
atmosfery, bez widoków na wypracowanie niezbędnych zaawansowanych technologii?
Miejmy
nadzieję, że wieści za siedem lat będą bardziej optymistyczne. Chociaż patrząc
na dzisiejszą sytuację powodów do optymizmu można szukać z przysłowiową świecą.
Weźmy na przykład Stany Zjednoczone gdzie republikańscy kandydaci na prezydenta
w wyborach 2012 roku wręcz prześcigają się w powtarzaniu dawno obalonych
argumentów sceptyków. Ich koronnym argumentem jest rzekomy „fakt”, że nie
istnieje naukowy konsensus odnośnie globalnego ocieplenia.
Jeden z
kandydatów, gubernator Teksasu Rick Perry, w odpowiedzi na katastrofalną i
rekordową suszę nękającą stan od ponad roku, wezwał wszystkich mieszkańców
do… modlitwy. Gubernator stanu New Jersey, Chris Christie, stwierdził, że stanowy
plan osiągnięcia 30% energii ze źródeł odnawialnych do 2021 roku jest zbyt ambitny
i zaproponował obniżenie poprzeczki do 22,5%. W stanie
Maryland, propozycja zbudowania dość dużej farmy wiatrowej w przybrzeżnych
wodach Atlantyku zostala odrzucona. Postawiło to pod dużym znakiem zapytania
cel osiągnięcia przez stan do 2022 roku 20% energii ze źródeł odnawialnych. Politycy
znaleźli jednak kreatywne wyjście z tej kłopotliwej sytuacji zatwierdzając
ustawę traktującą energię wytwarzaną ze spalania odpadów komunalnych na równi z
energią słoneczną i wiatrową. Ten ostatni przykład to prawdziwy szczyt ironii,
bowiem jak niedawno wydana analiza
ekonomiczna pokazała, spalanie śmieci powoduje ponad 6 razy większe koszty
uboczne (środowiskowe i zdrowotne) niż wynosi wartość wytworzonej energii.
Te przykłady wyraźnie pokazują, że jesteśmy wciąż daleko od punktu,
w którym strategia „klinów” jest wszechstronnie akceptowana. Wręcz przeciwnie,
nawet stosunkowo łatwe w realizacji metody ograniczenia emisji CO2
są nagminnie kwestionowane, atakowane lub po prostu ignorowane. Gra na zwłokę
ciągle trwa, a zapłacą za to przyszłe pokolenia.
Przygotowanie: Irek Zawadzki
Źródło:
realclimate.org









