Mali i średni rolnicy z Polski mają powody, by być wściekli i nie ufać Unii Europejskiej. Ochrona klimatu i środowiska nie jest jednak gwoździem do ich trumny, lecz szansą na to, by wydostać się z grobu. Dlaczego więc tak usilnie się jej sprzeciwiają?
Rolnictwo otrzymuje jedną trzecią unijnego budżetu – najwięcej spośród wszystkich sektorów gospodarki. Mimo to rolnicy z całej Unii Europejskiej kontynuują protesty przeciwko unijnej polityce.
Absurd? Wręcz odwrotnie. Idealny przykład niesprawiedliwości.
Mali rolnicy przegrywają
Aż 80% budżetu ze Wspólnej Polityki Rolnej otrzymuje 20% rolników – tych, którzy tworzą największe i najbogatsze gospodarstwa rolne. Do tego 52% gruntów rolnych w Unii jest własnością 3% gospodarstw. Rolnictwo zmaga się z tym, co postępuje w wielu branżach, a więc konsolidacją.
To efekt kilku dekad Wspólnej Polityki Rolnej, która miała fatalne w skutkach założenie: im większe gospodarstwo posiadasz, tym na więcej pieniędzy możesz liczyć. Jakość żywności czy wpływ intensywnej produkcji na środowisko i klimat przez długie lata nie miały większego znaczenia.
Jak zauważa Europejskie Biuro ds. Środowiska (sieć ok. 180 organizacji ekologicznych z UE), w ten sposób rolnicy zostali zamknięci w spirali intensywnego rolnictwa przemysłowego, które zmusza ich do zwiększania plonów, aby pozostać konkurencyjnymi. W uproszczeniu mieli więc do wyboru: próbować iść do przodu „z duchem czasu” lub działać po staremu, coraz mocniej przegrywając rywalizację z największymi (i wciąż rosnącymi) graczami na rynku.
Rezultat? W latach 2005-2020 liczba gospodarstw rolnych w UE zmniejszyła się o prawie 40%, zmuszając około 5,3 miliona rolników do wycofania się z działalności.
Jak wykazał Spis Rolny z 2021 r., w Polsce w ciągu dekady ubyło zaś prawie 200 tys. gospodarstw rolnych. Czyli 12,7%.
Z kolei jak przypomina Instytut Spraw Publicznych, ogółem ok. 30% rolników deklaruje, że nie jest w stanie utrzymać siebie i swojej rodziny wyłącznie z gospodarstwa rolnego. Tylko z takiej działalności utrzymuje się zaledwie 26% właścicieli gospodarstw do 5 ha, ale już 94% gospodarstw powyżej 30 ha.
Przemysłowe rolnictwo to problem
Ale obecny model rolnictwa nie sprawdza się nie tylko dlatego, że uderza w drobne gospodarstwa rolne. Takie podejście oznacza też wymierne straty dla środowiska i klimatu.
Przestawienie produkcji żywności na monokultury pełne nawozów sztucznych i pestycydów sprawiło, że różnorodność biologiczna zanika. Intensywne rolnictwo jest główną przyczyną wymierania m.in. owadów zapylających i ptaków. Doprowadza też do zanieczyszczenia wód i gleby, która staje się coraz bardziej wyjałowiona. Pestycydy zagrażają również zdrowiu ludzi (w tym osób, które używają ich na polach). Ogromne ilości antybiotyków, którymi faszeruje się zwierzęta gospodarskie (zwłaszcza kurczaki, ale nie tylko), skutkują zaś drastycznym wzrostem antybiotykooporności.
Do tego globalnie rolnictwo odpowiada za ok. 30% emisji gazów cieplarnianych, które są bezpośrednią przyczyną nasilającego się kryzysu klimatycznego. A im większy kryzys klimatyczny, tym częstsze i poważniejsze susze oraz inne ekstremalne zjawiska pogodowe mogące zdewastować zbiory. I tym coraz trudniejszy dostęp do wody, której zdecydowanie najwięcej zużywane jest właśnie w rolnictwie.
Jeśli chodzi o odczuwanie konsekwencji zmiany klimatu, rolnicy są więc na pierwszej linii frontu. Z jednej strony powinni więc dostosować się do coraz trudniejszych czasów, a z drugiej – zacząć działać tak, by tych czasów jeszcze nie pogarszać.
Europejski Zielony Ład to nie wróg
Problem w tym, że poszukiwanie sprawiedliwości protestujące ruchy rolnicze (bo nie wszystkie grupy rolników) szukają wroga nie tam, gdzie powinny.
Europejski Zielony Ład nie jest czymś, co zaszkodzi małym i średnim gospodarstwom rolnym. Jest tym, co – przy sensownym wdrażaniu regulacji – może pomóc zarówno im, jak i nam wszystkim jako społeczności.
Potrzebujemy ograniczenia ilości pestycydów i nawozów sztucznych. Potrzebujemy zróżnicowanych upraw, płodozmianu (prowadzenia różnych upraw o różnej porze roku), ochrony i odtwarzania torfowisk. Potrzebujemy znaleźć miejsce na drzewa, krzewy czy kwiaty między polami. Potrzebujemy zadbać o gleby, które powinny mieć czas i możliwość na regenerację.
I wreszcie potrzebujemy zmian w podziale pieniędzy. Tak, by Wspólna Polityka Rolna przestała wspierać wielkie gospodarstwa nastawione na przemysłową produkcję żywności, a zaczęła wspierać drobne gospodarstwa nastawione na produkcję ekologiczną.
Właśnie w tym kierunku zmierzał Europejski Zielony Ład. Właśnie takie praktyki miał wspierać. Miał, bo z powodu rolniczych protestów na poziomie unijnym wycofano się z wielu sensownych założeń. To np. ograniczenie ilości wykorzystywanych pestycydów o 50% do 2030 r., stopniowe odtwarzanie terenów podmokłych i zobowiązanie do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych z sektora rolniczego o 20% do 2040 r.
W rezultacie Europejski Zielony Ład w zakresie ochrony środowiska i przestawiania rolnictwa na zrównoważone tory coraz bardziej przypomina wydmuszkę. Wydmuszkę, na której stracimy nie tylko my jako społeczeństwo, ale i znaczna część tych, którzy dziś protestują.
Biurokracja i brak rozmów
Dlaczego więc ruchy rolnicze sprzeciwiają się działaniom, które mają im pomóc? Bo wielu rolników nie dostrzega, że o to chodzi.
Po części można to zrozumieć. Unijna polityka do tej pory nie wspierała drobnych gospodarstw, więc trudno zaufać Brukseli, że tym razem będzie inaczej. Do tego urzędnicy, jak to urzędnicy mają w zwyczaju, nie potrafili przekazać założeń w skuteczny sposób i ułatwić zmiany. Nie potrafili też przeprowadzić odpowiedniej debaty publicznej – czyli takiej, w której reprezentatywny głos małych i drobnych gospodarstw byłby wysłuchany i wzięty pod uwagę. W rezultacie do wielu rolników dociera jedynie to, że będą mieli o wiele więcej biurokracji, bo ktoś tak sobie ubzdurał.
– Wprowadzanie rozwiązań prośrodowiskowych wymaga odpowiedniego przygotowania i szeroko zakrojonej polityki informacyjnej. Tymczasem jej brakuje. Rolnik słyszy o kolejnych rozwiązaniach, zmianach, ale nie wie, jak one wpłyną na jego sytuację, jakie poniesie koszty i odniesie korzyści. To wszystko sprawia, że Europejski Zielony Ład staje się synonimem opresyjnego i biurokratycznego systemu, a nie rozwiązań niezbędnych z punktu widzenia bezpieczeństwa żywnościowego i odpowiedniej jakości żywności – mówi Paulina Sobiesiak-Penszko z Instytutu Spraw Publicznych.
I dodaje: – Problem nie leży więc w tym, że rolnicy są przeciwni ochronie środowiska. To grupa, która bardzo dobrze widzi wyzwania związane na przykład z przenawożeniem czy stosowaniem nadmiernej ilości antybiotyków w hodowli. Ale spóźniliśmy się z przygotowaniem rolników do transformacji. Musimy to jak najszybciej nadrobić.
Jednocześnie wielu rolników nigdy nie zainteresowało się tym, co ma zmienić Europejski Zielony Ład. – Proponuję zrobić ankietę i zapytać nas rolników co to jest Zielony Ład? Czy się z nim zapoznaliśmy? Podejrzewam, że każda odpowiedź będzie inna. Każda będzie perełką, jedyną i niepowtarzalną – jednak nienawiązującą do meritum sprawy… – komentuje Marcin Wójcik, rolnik ekologiczny.
Problemem jest też to, że przez bycie na pierwszej linii frontu wielu rolników widzi pojedyncze drzewa, ale nie dostrzega lasu. Przez to, że są skupieni na przetrwaniu kolejnego sezonu, perspektywa dekady wydaje się odległa niczym tysiąclecie. – Protestujemy przeciwko objawom, nie szukając przyczyn. Tymczasem, na problemy w rolnictwie powinniśmy patrzeć szerzej – przekonuje jednak Wójcik.
Lobbing i populiści
Niedawno ponad 6 tys. podpisało się pod listem otwartym. W liście tym zwrócili się do własnego grona, by badacze włączyli się aktywnie w debatę o korzyściach, jakie przyniesie Europejski Zielony Lad. Zwłaszcza w kontekście korzyści dla środowiska.
Można uznać, że to bardzo ważny symbol. Komunikacja, współpraca i wzajemne zrozumienie pomiędzy naukowcami, urzędnikami i drobnymi rolnikami praktycznie nie istnieją. A gdy brakuje zrozumienia i informacji, pojawia się przestrzeń na napuszczanie ludzi na siebie i dezinformację.
Mali i średni rolnicy z Polski mają powody, by być wściekli. Ochrona klimatu i środowiska nie jest jednak gwoździem do ich trumny, lecz szansą na to, by wydostać się z grobu. Taka zmiana oznaczałaby jednak, że do grobu zapędzone zostanie status quo. A to jest bardzo nie na rękę tym, którzy na zachowaniu status quo i podsycaniu konfliktów zyskują najwięcej: wielkim koncernom spożywczym, prawicowym populistom i Rosji.
W Polsce wśród protestujących grup rolników bardzo ważną rolę odgrywają m.in. politycy Konfederacji, a także w mniejszym stopniu PiS. Na protestach było widać zaś skandaliczne transparenty sprzyjające Putinowi i wymierzone w Ukraińców. Choć w naszym kraju duże znaczenie dla rolników ma niekontrolowany import właśnie z Ukrainy, to jednak sprzeciw wobec unijnej polityki rolnej jest jedną z największych przyczyn napędzających ich wściekłość.
Wielkim koncernom zależy zaś na podsycaniu konfliktu, bo dotychczasowy podział unijnych pieniędzy działa na ich korzyść. Prym wiedzie tu lobbistyczna grupa Copa-Cogeca, która potrafi przekonać do swych postulatów przedstawicieli wszystkich partii, włącznie z lewicowymi. Gdy Europejska Partia Ludowa (największe ugrupowanie w europarlamencie, do której należy m.in. KO) tłumaczyła, dlaczego należy wycofać się z wielu planowanych zmian w rolnictwie, bardzo często przemawiała postulatami lobbystów.
Eksperci zwracają też uwagę, że tego typu protesty są idealną okazją do wzmacniania rosyjskiej propagandy i osłabianie europejskiej wspólnoty. To o tyle istotne, że za kilka miesięcy odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, a skrajna prawica rośnie w siłę w całej Europie. Jeśli zyska wystarczająco dużo głosów, co jest coraz bardziej prawdopodobne, może skutecznie sparaliżować działania UE na lata. I zbliżyć wspólnotę krok bliżej do upadku.
Drobni rolnicy jak aktywiści
Napuszczenia społeczności przeciwko Europejskiemu Zielonemu Ładowi jest więc ważnym elementem strategii rosyjskiej propagandy, prawicowych partii i wielkich koncernów. Dlatego krytykowane są planowane zmiany nie tylko w rolnictwie, lecz także energetyce, transporcie, mieszkalnictwie i innych sektorach, które potrzebują „zielonej transformacji”.
To właśnie ta triada jest prawdziwym przeciwnikiem nie tylko małych i średnich gospodarstw rolnych, lecz także aktywistów klimatycznych. Tymczasem drobni rolnicy to w nich widzą zagrożenie, utożsamiając aktywistów z „brukselską propagandą” i wszystkim, co dla nich najgorsze.
Kto wie, czy największym problemem w tym wszystkim nie jest jednak co innego. Populiści i propagandyści doskonale wykorzystują aktualne nastroje, bo skupiają się na teraźniejszości. Polityki klimatyczna i środowiskowa UE trzymałyby się o wiele mocniej, gdyby korzyści z niej płynące w ten sam sposób potrafiły wykazać partie demokratyczne i naukowcy. Zamiast mądrze bronić słusznych polityk, największe demokratyczne partie w Europie coraz bardziej przejmują jednak agendę, narrację i język populistów.
I mogą tego bardzo pożałować, bo w ten sposób nie tylko legitymizują fałszywe zarzuty, ale i ustawiają się do walki na polu, w którym bryluje przeciwnik. – Krytyka zielonej polityki przez konserwatystów i skrajną prawicę dominuje w debacie politycznej. Wygląda na to, że rząd pozwala im ustalać agendę. To może przynieść efekt przeciwny do zamierzonego przed wyborami europejskimi – ostrzega w „Politico” Thierry Chopin, profesor nauk politycznych w Kolegium Europejskim.












