Najwięcej prądu z odnawialnych źródeł powstaje często wtedy, gdy jest mniej potrzebny. Aby ludzie nie marnowali taniej i niskoemisyjnej energii, potrzeba więc ich do tego zachęcić.
W Polsce jest już 1,6 mln mikroinstalacji fotowoltaicznych. Oznacza to, że w słoneczny dzień ogromna liczba rodzin produkuje prąd z własnej „przydomowej elektrowni”. Najwięcej powstaje jej jednak w środku dnia, podczas gdy największe zapotrzebowanie występuje rano i wieczorem.
Dla funkcjonowania systemu to duży problem.
Zmarnowany potencjał OZE
Z jednej strony w krótkim okresie (zazwyczaj kilka godzin) wytwarzamy bardzo dużo taniego i bezemisyjnego prądu, co jest opcją najlepszą. Z drugiej strony nie za bardzo jednak wiemy, jak zagospodarować jego nadmiar. To tym bardziej problematyczne, jeśli duża ilość energii ze słońca lub wiatru powstaje w weekendy lub święta, gdy zużycie jest jeszcze mniejsze.
W takich przypadkach w najgorszym możliwym scenariuszu Polskie Sieci Elektroenergetyczne decydują o przymusowym wyłączeniu OZE (tzw. nierynkowe ograniczenia). Dobra wiadomość jest taka, że dzięki temu system zachowuje konieczną równowagę i unika przeciążenia. Zła – że oznacza to zmarnowanie dużej ilości najlepszej możliwej energii oraz konieczność wypłacenia odszkodowań jej wytwórcom.
Strata jest więc podwójna. A w rzeczywistości odpowiada za nią nie tyle nadwyżka prądu z OZE, co nieprzygotowanie starego modelu energetyki na to, by ten prąd wykorzystać.
Jak to zmienić? Jedną z ciekawych odpowiedzi na to pytanie zaproponowano właśnie w Wielkiej Brytanii.
Bezpłatny prąd za pranie
Krajowy Operator Systemu Energetycznego (NESO) na Wyspach Brytyjskich zaktualizował swój program.
Nowe podejście umożliwia udzielanie klientom korzyści za wykorzystywanie nadwyżki zielonej energii w okresie mniejszego zapotrzebowania. Pisząc inaczej: uczestnicy programu będą mogli liczyć na bezpłatny lub znacznie tańszy prąd za to, że w słoneczny dzień zrobią pranie, włączą zmywarką czy naładują samochód elektryczny.
Jak informuje BBC, oferta jest dostępna dla gospodarstw domowych posiadających inteligentny licznik, których dostawcy biorą udział w programie. Na razie są to trzy podmioty: British Gas, Equiwatt i Octopus Energy.
„NESO poinformuje spółki energetyczne, o jakich porach dnia ma być realizowany program. Następnie wypłaci pieniądze dostawcom, jeśli tym uda się zwiększyć lub zmniejszyć popyt w danym okresie. Później dostawcy ci będą mogli zdecydować, jak przekazać pieniądze klientom” – wyjaśnia BBC.
Warto przy tym zaznaczyć, że skuteczność takich programów zależy nie tylko od okresowych zachęt finansowych. Kluczowe są też dostępność magazynów energii, warunki kontraktowe między sprzedawcami a prosumentami oraz wyposażenie operatora w odpowiednie narzędzia regulacyjne do koordynacji takich działań.
Niemniej jest to kierunek, do którego wybrania zachęcają eksperci również w Polsce.
Pora na pozytywną kampanię
„Powoli nadchodzi lato, więc coraz częściej będziemy słyszeć historie o przymusowym wyłączaniu OZE, bo z nadwyżką prądu nie ma co zrobić. Dlatego zachęcanie ludzi do korzystania z energii elektrycznej w takich okresach jest bardzo dobrym pomysłem” – ocenia Jakub Gogolewski, ekspert ds. energetyki z fundacji Mission Possible.
Gogolewski chciałby więc, by w Polsce wprowadzono podobne rozwiązania. A nawet i te idące jeszcze dalej.
„Dzięki temu np. kierowcy wymagających dużej ilości prądu samochodów elektrycznych, których jest w Polsce coraz więcej, mogliby je ładować w dni z nadmiarem OZE. W zamian mogliby liczyć na bezpłatny transport publiczny, podobnie jak to działa w ‘dzień bez samochodu’” – tłumaczy ekspert.
I dodaje: „Za czasów rządów PiS głośno było o negatywnej kampanii państwowych spółek na temat ETS. Czemu teraz nie można byłoby zrobić pozytywnej kampanii o korzyściach z korzystania z nadmiaru OZE w systemie?”
Kolejki do publicznych ładowarek
Zwolennikiem podobnych rozwiązań jest również Bartłomiej Derski, ekspert portalu WysokieNapięcie.pl.
„To dobre programy, bo pamiętajmy, że mają dwa skutki. Ten pierwszy to kumulowanie poboru energii, gdy jest jej nadmiar. Ten drugi – ograniczenie zużycia prądu w godzinach, gdy jest mało energii z OZE i trzeba uruchamiać dodatkową produkcję w elektrowniach węglowych czy gazowych. Dzięki temu obniżamy więc ceny w godzinach wieczornego szczytu” – mówi Derski dla „Ziemi na Rozdrożu”.
Ekspert podkreśla przy tym, że podobne inicjatywy zaczynają się pojawiać także w Polsce. Na przykład podczas ostatniej majówki w Ekoen ofertował możliwość ładowania samochodu elektrycznego w cenie 1 grosz za kilowatogodzinę. Czyli ok. 20 groszy za 100 km.
„Na publicznych stacjach Ekoen utworzyły się wręcz kolejki” – wspomina Derski.
Bierzemy sprawy w swoje ręce
Przykłady z Wielkiej Brytanii, sukcesu mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce i majówki na stacjach ładowania pokazują też, jak mocno może zmienić się rola obywateli. Wzięcie sprawy poniekąd w swoje ręce oznacza, że z pozycji biernych odbiorców energii stajemy się aktywnymi graczami na rynku.
„1,6 mln mikroinstalacji przekłada się zapewne na ok. 3-4 mln ludzi. Oznacza to, że ok. 10 proc. populacji naszego kraju zaczyna się interesować energetyką, bo ma na dachu swoją mikroelektrownię” – zauważa dziennikarz Wysokiego Napięcia.
I dodaje: „Przeciętny odbiorca liczy, że to państwo załatwi za niego temat cen energii elektrycznej. Ale to trochę tak, jakbyśmy liczyli, że państwo załatwi też za nas sprawę niskiego abonamentu za telefon czy platformę streamingową. Tak jednak nie jest, a my jesteśmy przyzwyczajeni do wybierania opcji na rynku.”
Krajowy system elektroenergetyczny jest jednak archaiczny, a kształtowanie taryf nie jest zbyt czytelne. Dlatego Derski przyznaje, że tę bierność ludzi w podejściu do prądu jest w stanie zrozumieć. Niemniej rozbicie państwowego oligopolu i postawienie na zmienne, elastyczne ceny to coś, co według niego przyniosłoby wymierne korzyści.
„W moim poprzednim mieszkaniu podpisałem umowę z prywatnym sprzedawcą energii. Zaoferował mi stałą cenę na trzy lata i była ona niższa niż stawka, na której ceny prądu zamroził rząd. Na poziomie osobistym cała ta debata polityczna poniekąd mnie więc nie interesowała” – podsumowuje dziennikarz.
Rośnie skala marnowania
Można uznać, że w Polsce (i wielu innych krajach) działa już podobny mechanizm do brytyjskiego. To ceny ujemne, które pojawiają się, gdy w godzinach dużej produkcji OZE i niskiego zapotrzebowania hurtowa cena energii spada poniżej zera. W praktyce oznacza to tyle, że wytwórcy energii z OZE płacą za jej odbiór zamiast ją sprzedawać. Problem w tym, że w Polsce brakuje elastycznych odbiorców, którzy przyjęliby tę nadwyżkę. Dlatego operator krajowego systemu coraz częściej decyduje się na przymusowe wyłączanie OZE.
Podejście stosowane w Wielkiej Brytanii łączy zmienne ceny z polityką i inwestycjami. Jest to więc nie tylko pasywny sygnał rynkowy, ale i świadoma forma zachęcania społeczeństwa do zmiany podejścia.
To, że Polska potrzebuje również takich narzędzi, pokazują dane. Jak wynika z analizy Forum Energii, w 2022 r. z powodu „redysponowania” farm wiatrowych i słonecznych utraciliśmy 8 gigawatogodzin (GWh). W kolejnych latach było to już odpowiednio 74, 731 i 1739 GWh.
Obecny rok przyniesie zapewne kolejny rekord. Od stycznia do końca kwietnia ograniczono produkcję 642,5 GWh, co oznacza wzrost o 50,9 proc. względem analogicznego okresu rok wcześniej. W samym kwietniu wyłączenia jednostek wytwórczych OZE obowiązywały przez 264 godziny, a więc 37 proc. godzin w miesiącu. Operator decydował się na to rozwiązanie niemal codziennie, bo przez 28 dni. „Sytuacje te występowały głównie w godzinach południowych” – podaje Forum Energii.
Ogólnie wielkoskalowe instalacje fotowoltaiczne nie wykorzystały w kwietniu 17,2 proc. potencjalnej produkcji, a farmy wiatrowe – 6,2 proc.

Wykres pokazujący rosnącą skalę przymusowego wyłączania wielkoskalowego OZE. Źródło: Źródło: Forum Energii na podstawie danych raporty.pse.pl











