Realizacja programu Konfederacji oznaczałaby albo wyjście z Unii Europejskiej, albo nagminne łamanie prawa i zawartych porozumień. Tak czy inaczej, konsekwencją byłby pogłębiający się kryzys i zduszenie w zarodku zmian w energetyce. A to oznacza wymierne straty dla obywateli – łącznie z zakończeniem wsparcia dla odnawialnych źródeł energii, w tym przydomowej fotowoltaiki.
„Co oznacza wyjście z Unii Europejskiej?” i „Czym jest Brexit?” To dwa najpopularniejsze hasła, które wpisywali Brytyjczycy w wyszukiwarce Google… chwilę po przegłosowaniu brexitu.
Media wielokrotnie opisywały później historie ludzi, którzy nie przypuszczali, że poparcie brexitu odbije się tak źle na nich samych. Tak było na przykład w przypadku Iana Perkesa – eksportera ryb z portowego miasta Brixham, który nie zarobił tysięcy funtów, bo nie posiadał dokumentów wymaganych w związku z brexitem. – Odkąd opuściliśmy Europę, jest to absolutny koszmar. Gdybym wiedział, że taki będzie wynik, to oczywiście nie głosowałbym za wyjściem – opowiadał Perkes w 2021 r. stacji NBC.
Konfederacja u władzy? Żegnaj, wsparcie dla OZE…
Warto być mądrzejszymi od Brytyjczyków i zdać sobie sprawę przed, a nie po wrzuceniu głosu do urny, z czym to się wiąże. A wiąże się m.in. z tym, że wszelkie subsydia dla najważniejszych odnawialnych źródeł – energii ze słońca i wiatru – przestaną po prostu istnieć.
Zdaniem Konfederacji należy „urealnić stan obecny” i „pozwolić praktyce rynkowej rozstrzygnąć”, które inwestycje są bardziej opłacalne i przynoszą długoterminowy dochód. „Zamiast obciążać portfele podatników inwestowaniem w nieefektywne źródła energii, które nie powstałyby bez specjalnych dotacji, powinniśmy skupić się na ich opłacalności. Ewolucja energetyki powinna zachodzić w sposób naturalny, a nie wymuszony przez biurokrację i ideologię” – przekonuje partia w swym programie.
Zapoczątkowany przez PiS program „Mój prąd” w kilka lat wytworzył 1,3 mln prosumentów. To gospodarstwa domowe z mikroinstalacjami fotowoltaicznymi, które nie tylko wytwarzają i wykorzystują czystą energię, ale i oddają ją do sieci. Dzięki temu wzrostowi Polska, z czego mało kto zdaje sobie sprawę, jest w czołówce państw na świecie najszybciej wdrażających energetykę słoneczną.
Obecnie na montaż domowej instalacji fotowoltaicznej można otrzymać do 7 tys. zł dotacji, a całkowity budżet tegorocznego naboru do „Mojego prądu” sięga już 950 mln zł. Choć w ostatnim czasie forma rozliczenia stała się mniej korzystna dla prosumentów, wciąż jest to sensowna inwestycja. Zwłaszcza przy bezpiecznej i przewidywalnej polityce rządu, która byłaby niejako gwarantem, że inwestycję taką faktycznie warto przeprowadzić.
W kolejnych latach nowa, przyjazna ochronie klimatu, władza mogłaby więc program rozszerzać, wspierając rozwój energetyki obywatelskiej oraz uniezależnianie się od wielkich koncernów i węgla. Obecnie jest to mocno ograniczone na przykład dla energii wiatrowej. Biznes jest gotowy wejść w projekty wiatrowe o wiele bardziej, dzięki czemu rachunki za prąd spadłyby natychmiast, ale plany inwestycyjne blokowane są przez antywiatrakową politykę rządu.
W przypadku przejęcia władzy przez Konfederację o rozwijaniu projektów tak wiatrowych, jak i fotowoltaicznych, nie byłoby jednak mowy.
… witaj, chaosie…
Program Konfederacji to również sprzeczność na sprzeczności.
Zapisano w nim na przykład jednocześnie, że produkcję energii z węgla należy „utrzymać na odpowiednim poziomie”, co jest przecież jawnym zaprzeczeniem wolnorynkowego podejścia. W programie trudno też odnaleźć informacje o tym, jaki jest ten „odpowiedni” poziom i o jaki okres chodzi.
Trudno też mówić o opłacalności wydobycia węgla, skoro spada ono stale od lat 80., obecne koszty wydobycia są bardzo wysokie, a liczenie na ich obniżenie – z powodu konieczności kopania coraz głębiej – to mrzonki. Węgiel z polskich złóż jest dziś tak drogi i trudno dostępny, że już teraz importujemy ten surowiec w ogromnych ilościach.
Jak podaje Forum Energii, w 2022 r. aż 19% wykorzystanego w Polsce węgla kamiennego pochodziło z importu. Na sprowadzenie tego surowca z zagranicy wydano zaś 26 miliardów złotych. Czyli ponad 26 razy więcej niż na tegoroczną edycję programu „Mój prąd”. I jedną czwartą rozpisanego na ponad dekadę programu „Czyste powietrze”, w ramach którego z Polski mają zniknąć miliony kopciuchów.
Do tego polskie elektrownie są bardzo stare i na skraju eksploatacji. Utrzymywanie węgla oznacza więc potężne inwestycje w infrastrukturę. No i wreszcie na świecie coraz trudniej znaleźć bank, który sfinansuje tego typu przedsięwzięcia.
„W krajach azjatyckich takie inwestycje są realizowane poprzez własne środki i ciężko przy dysproporcji potencjału wyobrazić sobie taki scenariusz w Polsce. Tym bardziej że w przeciwieństwie do Chin czy Korei Południowej krajowa energetyka nad Wisłą musi być w zasadzie zbudowana od nowa. Średni wiek elektrowni węglowych to ponad 50 lat. Odrębną kwestią jest aspekt niedomiaru firm budowlanych czy wykonawczych w zakresie energetyki węglowej. Poziom korzyści dla polskiej gospodarki z tak dużych inwestycji byłby mniejszy w przypadku węgla niż OZE – większość poniesionych kosztów trafiłoby do obcego podatnika” – zauważają w swej analizie Patryk Maciążek i Michał Partyka, eksperci energetyczni.
W skrócie: suwerenność energetyczna Polski oparta na węglu to mrzonka, o ile nie kłamstwo.
Do tego Konfederacja raz krytykuje odnawialne źródła energii, a raz chce wspierać energetykę rozproszoną przez ułatwianie stawiania takich instalacji i likwidację barier administracyjnych. „Źródła lokalnie wytwarzanej energii mogą być bardzo różne – geotermia, małe reaktory atomowe, biogazownie, ale także małe elektrownie wodne, wiatrowe czy słoneczne” – zapowiada ugrupowanie.
„Konfederacja z jednej strony chce wolnego rynku, deregulacji i patrzenia na to, co się opłaca, a z drugiej jasno krytykuje jedne technologie (wiatr, słońce), a wspiera inne (węgiel, geotermia)” – podsumowuje Patryk Strzałkowski z Gazety.pl.
… witaj, kryzysie i… polexicie?
Konfederacja gra też jawnie antyunijną kartą.
„Należy odrzucić unijną politykę klimatyczną i wypracować dla Polski osobną ścieżkę transformacji energetycznej. (…) Należy dążyć do zawieszenia stosowania wobec Polski systemu ETS, który podnosi rachunki za prąd nawet o kilkadziesiąt procent. Należy odejść od tzw. Europejskiego Zielonego Ładu, który prowadzi do wzrostu kosztów życia i obniża konkurencyjność gospodarki.” – wylicza partia.
Ugrupowanie zapowiada też, że „jedną ustawą zniesie 15 podatków naraz”. Wśród nich znajdują się też i te, których zgodnie z przepisami UE znieść nie można. To na przykład związana z unijnym systemem ETS opłata za emisje CO2. Jedyne sposoby na spełnienie tej obietnicy to wyjście ze wspólnoty albo jawne sabotowanie porozumień, prawa i ewentualnych wyroków, na czym Polska zdecydowanie ucierpi – i finansowo, i wizerunkowo.
Oczywiście samą Unię Europejską można oceniać różnie, podobnie jak mieszane mogą być odczucia wobec prowadzonej przez nią polityki klimatycznej. Przede wszystkim trzeba mieć jednak na uwadze, że nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka.
Co to oznacza? Że po ewentualnym dojściu do władzy Konfederacja albo wycofa się ze swoich postulatów, oszukując wyborców, albo w nich wytrwa, pchając nasz kraj w kierunku coraz większego kryzysu, nagminnego łamania unijnego prawa i nie tak abstrakcyjnego polexitu.
„Prawo i Sprawiedliwość, Konfederacja, Suwerenna Polska, nie mogąc ze względu na proeuropejskie postawy społeczeństwa wprost atakować Unii Europejskiej i popierać polexitu, wybierają działania pośrednie i selektywnie uderzające przede wszystkim w polityki klimatyczne” – stwierdza opublikowany tuż przed wyborami raport „Nowy negacjonizm klimatyczny”.
Co zrobią wyborcy Konfederacji?
W opracowaniu pod przewodnictwem prof. Przemysława Sadury, socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego, zwrócono też uwagę na kilka interesujących aspektów.
„Z badań CBOS wynika, że więcej niż co czwarty wyborca Konfederacji (28%) opowiada się za osiągnięciem przez Polskę neutralności klimatycznej w roku 2050 lub wcześniej. Odsetek wyborców Konfederacji oczekujących szybszego dojścia do neutralności klimatycznej w ciągu niecałych dwóch lat wzrósł zatem o 50%. Elektorat Konfederacji stał się tym samym mniej antyklimatyczny od elektoratu PiS” – zauważają twórcy raportu.
W dokumencie zwrócono też uwagę, że choć Konfederacja ma bardzo konserwatywną, ksenofobiczną, seksistowską i antyklimatyczną narrację, to mniej niż połowa wyborców głosuje na nią z tego powodu. „Resztą kieruje niechęć wobec PiS, PO lub obu tych partii oraz troska o własny interes (przede wszystkim niższe podatki). Wśród tych ostatnich wyborców wielu ma stanowisko proklimatyczne” – czytamy w raporcie.
To wyborcy nieco starsi (25-38 lat), nowocześni, którzy dużo pracują zdalnie i dużo podróżują. Mówią o prawach kobiet, tolerancji wobec osób LGBT, trosce o jakość życia i usług publicznych oraz zrównoważonym rozwoju. Do Konfederacji przekonuje ich program obniżenia podatków i odejścia od programów transferów socjalnych oraz niechęć do innych partii politycznych.
„Unia Europejska jest dla nich dużą wartością i nie wyobrażają sobie wyjścia z niej. Antyklimatyczna i antyekologiczna postawa Konfederacji stanowi dla nich problem, jednak na razie nie zniechęca ich do popierania partii. To, na co liczą, to korekta programu Konfederacji w kluczowych dla siebie kwestiach” – stwierdza raport „Nowy negacjonizm klimatyczny”.
Czy można mieć jednak nadzieję, że oparta na antyunijności tożsamość Konfederacji zmieni się tak drastycznie i tak nagle?











