Bez kategorii

Raport: Nie 10, a 7 miliardów ludzi na koniec XXI w. Co to oznacza dla planety?

Obecne trendy wskazują, że na koniec XXI w. na Ziemi będzie żyło 7 miliardów ludzi. Choć to o prawie 3,5 miliarda mniej niż wskazują szacunki ONZ, nie oznacza to, że nasza planeta znacząco odetchnie. Jak to możliwe?

Jeszcze 100 lat temu na Ziemi żyło około 2 miliardów ludzi. W połowie listopada 2022 r. licznik przekroczył barierę 8 miliardów.

Tak gigantyczny przyrost populacji pociągnął za sobą wiele konsekwencji. To m.in. znacznie większa presja na przyrodę i klimat, rosnące zapotrzebowanie na żywność oraz masa wytwarzanych produktów, które mają zaspokajać nasze podstawowe potrzeby, ale i zachcianki.

Według ONZ do szczytu populacyjnego jest nam jeszcze daleko. Szacunki tej organizacji wskazują, że w połowie tego wieku może nas być już 9,7 miliarda, a na jego koniec – 10,4 miliarda. Jest jednak całkiem prawdopodobne, że są to szacunki mocno przesadzone.

O jedną trzecią mniej ludzi?

Według nowego raportu Klubu Rzymskiego obecne trendy wskazują, że ludzkość w XXI w. nie przekroczy bariery 10 miliardów. Zdaniem analizy jednego z najważniejszych think tanków na świecie w połowie wieku będzie nas 8,8 miliarda, po czym liczba ludzi zacznie maleć. I to znacząco, bo na koniec wieku ma być nas mniej więcej 7 miliardów. Czyli o jedną trzecią mniej niż przewiduje ONZ.

Warto przy tym zaznaczyć, że przyjęty przez międzynarodową grupę naukowców model jest znacznie bardziej złożony niż ten, z którego przy swoich prognozach korzysta Organizacja Narodów Zjednoczonych. Analiza ekspertów Klubu Rzymskiego uwzględnia m.in. czynniki środowiskowe, ekonomiczne i społeczne, takie jak produkcja żywności, dochody, podatki, energetyka, nierówności, poziom PKB na osobę, wskaźnik poziomu wykształcenia i dostępność do środków antykoncepcyjnych. Uwzględnia również zależności między tymi czynnikami, a także oczekiwane skutki globalnego ocieplenia.

Im większy rozwój, tym mniej dzieci

Autorzy raportu z Klubu Rzymskiego, skupieni w ramach inicjatywy Earth4All [Ziemia Dla Wszystkich], argumentują, że w wielu istotnych prognozach demograficznych często bagatelizuje się m.in. znaczenie szybkiego rozwoju gospodarczego.

– Wiemy, że szybki rozwój gospodarczy w krajach o niskich dochodach ma ogromny wpływ na współczynnik dzietności. Wskaźniki dzietności spadają, gdy dziewczęta mają dostęp do edukacji, a kobiety są wzmocnione ekonomicznie i mają dostęp do lepszej opieki zdrowotnej – tłumaczy Per Espen Stoknes, kierownik projektu Earth4All i dyrektor centrum zrównoważonego rozwoju w Norweskiej Szkole Biznesu.

W ostatnich latach powstało przynajmniej kilka innych ważnych analiz, które również wskazują, że XXI w. nie przyniesie przekroczenia bariery 9 miliardów ludzi. Wśród nich trudno odnaleźć taką, która ogranicza perspektywę wzrostu naszej populacji aż tak bardzo. Co ciekawe, według Klubu Rzymskiego na koniec wieku może nas być jednak jeszcze mniej.

Nie 7, a 6 miliardów

Wspomniany scenariusz jest tak naprawdę jednym z dwóch, jakie nakreśla Klub Rzymski. Za punkt wyjścia przyjęto w nim aktualne trendy. Założenie jest więc takie, że do końca wieku ludzkość jako ogół będzie działać tak, jak do tej pory. Ale możemy przecież działać inaczej. A z perspektywy wyzwań, jakie przed nami stoją – wręcz powinniśmy.

Rosnąca presja na przyrodę i rosnące emisje gazów cieplarnianych sprawiają, że coraz bardziej destabilizujemy bezpieczne warunki, w których jako gatunek mogliśmy się rozwinąć. Jeśli chcemy uchronić się przed najgorszym, konieczne są znaczące zmiany. I to właśnie wspierające te zmiany ambitniejsze założenia przyjęto w scenariuszu nr 2. Gdyby został zrealizowany, ludzkość osiągnęłaby szczyt populacji na poziomie 8,5 miliarda około 2040 r., a na koniec wieku na Ziemi żyłoby nas 6 miliardów.

Warto przy tym dodać, że spełnienie gorszego scenariusza wcale nie oznacza, że Ziemia znacząco odetchnie. Jak to możliwe, że różnica między 10,4 a 7 miliardami ludzi na planecie nie jest aż tak wielka?

Nie liczba ludzi, lecz sposób życia

Twórcy raportu odpowiadają prosto: wielkość populacji nie jest główną przyczyną przekraczania granic naszej planety (tzw. granic planetarnych). Problemem jest przede wszystkim ekstremalnie wysoki ślad środowiskowy wśród 10 proc. najbogatszych na świecie.

Idealnym przykładem jest zmiana klimatu, a dokładniej odpowiadające za nią emisje gazów cieplarnianych. Według wielu analiz najbogatsze 10 proc. ludzi odpowiada za tyle samo emisji, co pozostałe 90 proc. Z kolei tylko 1 proc. najbogatszych z powodu rozdmuchanego stylu swojego życia emituje dwa razy więcej dwutlenku węgla niż biedniejsza połowa ludzkości. Co więcej, na przestrzeni ostatnich dekad to właśnie wśród najbogatszej części społeczeństwa emisje rosły zdecydowanie najszybciej.

Podobne rozwarstwienia widać też między poszczególnymi krajami: przeciętny mieszkaniec USA emituje rocznie ok. 15 ton dwutlenku węgla, Polski ok. 8 ton, a niewiele mniej zaludnionej od naszego kraju Ghany – 0,5 tony.

– Duży spadek światowej populacji pomoże złagodzić problemy środowiskowe, ale sam w sobie nie wystarczy, byśmy nie przekroczyli punktów krytycznych, po których grozi nam destabilizacja systemów podtrzymywania życia na Ziemi. Populacja nie jest jedynym elementem układanki. Liczy się to, co ludzie robią, jak to robią i jak często to robią – wyjaśnia David Collste z Uniwersytetu Sztokholmskiego, jeden z autorów raportu.

Dobre życie dla wszystkich

Realizacja drugiego scenariusza nakreślonego przez Klub Rzymski oznacza, że nie tylko uchronimy się przed najgorszym, ale i stworzymy bardziej sprawiedliwy i lepszy świat dla wszystkich.

Można to osiągnąć dzięki pięciu głównym elementom:

  • wyeliminowaniu ubóstwa,
  • zmniejszeniu nierówności ekonomicznych,
  • wzmocnieniu praw kobiet i osiągnięcie równość płci (m.in. poprzez łatwiejszy dostęp do edukacji, lepszą ochronę zdrowia i większą niezależność finansową kobiet),
  • stworzeniu systemów żywnościowych zdrowych dla ludzi i ekosystemów,
  • przejściu w 100 proc. na czystą energię.

Jak więc widać, wiele działań służących poprawie jakości życia jest też działaniami, które ograniczają liczbę ludzi i jednocześnie pomagają chronić naszą planetę. W skrócie: sytuacja typu wygrana-wygrana.

Nie oznacza to jednak, że problemów nie będzie. Przykład? Spadająca liczba ludności zmniejszy odsetek osób w wieku produkcyjnym, co utrudni finansowanie opieki zdrowotnej i emerytur.

Naukowcy podkreślają jednak, że korzyści będą znacznie większe. Przy obecnym poziomie populacji każdy może uciec od skrajnego ubóstwa i przekroczyć minimalny próg umożliwiający godne życie z dostępem do żywności, schronienia, energii i innych zasobów. Ale wymaga to znacznie bardziej równego podziału zasobów.

– Dobre życie dla wszystkich jest możliwe tylko wtedy, gdy ograniczone zostanie ekstremalne zużycie zasobów przez zamożną elitę – podsumowuje Jorgen Randers, jeden z autorów raportu i współautor książki „Granice wzrostu”.

Podobne wpisy

Więcej w Bez kategorii