Rozkręca się batalia o kształt kolejnego unijnego budżetu. Polska stoi na czele kilkunastu państw, które domagają się, by był on jak największy. „Jako kraj nie walczymy tylko o interes Polski, ale i całej Europy” – podkreślają nasi rozmówcy.
W dniach 18-19 czerwca szefowie unijnych rządów po raz pierwszy omówią wspólnie wstępny projekt przyszłego budżetu wspólnoty na lata 2028-2034. Pisząc inaczej: będą ze wszystkich sił przeciągać kołdrę w swoją stronę.
Od tego, kto wygra, zależy przyszłość Europy, w tym jej konkurencyjność w rywalizacji z USA i Chinami, obronność w erze narastających konfliktów zbrojnych i tempo transformacji energetycznej, która z konkurencyjnością i obronnością łączy się bardzo mocno. Od efektu zaplanowanych na najbliższe miesiące negocjacji zależy też to, czy Polska wciąż będzie doganiać najbardziej rozwinięte kraje UE, czy znów zacznie od nich odstawać.
W skrócie: stawka jest znacznie większa niż unijny budżet.
Budżet UE, czyli konkurencyjność…
„Jako Unia Europejska walczymy teraz o to, żeby pozostać konkurencyjni” – mówi naszej redakcji Zofia Wetmańska, wiceprezeska Instytutu Reform (think tank zajmujący się transformacją energetyczną).
Wetmańska przywołuje przy tym słynny już raport Mario Draghiego z 2024 r. Były prezes Europejskiego Banku Centralnego i były premier Włoch wyjaśnił w nim, że jeżeli UE chce zostać konkurencyjna względem Stanów czy Chin, to musi zwiększyć inwestycje do 750-800 mld euro rocznie. Czyli do poziomu ok. 4,5-5 proc. PKB państw wspólnoty, a więc ponad 2,5 razy większego od obecnej propozycji Komisji Europejskiej (niecałe 290 mld euro).
„To jest więcej niż jakikolwiek program inwestycyjny, który mieliśmy w historii. Plan Marshalla, który miał posłużyć odbudowie Europy po II wojnie światowej, był proporcjonalnie dwa razy mniejszy. Mówimy więc o gigantycznych wydatkach, które są jednak niezbędne” – komentuje ekspertka.
…i niezależność Europy…
Podobnie wypowiada się Jakub Safjański, jeden z dyrektorów w Konfederacji Lewiatan (najbardziej wpływowa organizacja biznesowa w Polsce). Safjański zgadza się z koniecznością wzmacniania obronności przez państwa zagrożone konfliktami i oszczędności przez państwa poważnie zadłużone. Według niego nie powinno to jednak odbić się na unijnych wydatkach na inne kluczowe cele, takie jak chociażby zielona transformacja, która zwiększa odporność całego kontynentu na kryzysy energetyczne.
„Fundamentalna wręcz sprawą jest uzależnienie Europy od nadmiernego importu paliw kopalnych z Zatoki Perskiej i innych regionów spoza Unii. Każdy kolejny kryzys z ostatnich lat pokazuje nam, jak ważna jest niezależność energetyczna i dla Europy, i dla Polski. Żeby tę niezależność uzyskać, najpierw trzeba w nią jednak zainwestować duże pieniądze. I absolutnie warto to zrobić” – mówi nam Safjański.
Problem w tym, że nie każdy kraj chce to robić wspólnie.
…oraz przyszłość Polski w Europie
Polska stoi na czele 16 państw, które tworzą grupę „Przyjaciół Spójności”. To kraje domagające się większego i bardziej ambitnego budżetu, który według wstępnej propozycji Komisji Europejskiej ma wynieść 2 biliony euro (w skali całej siedmioletniej perspektywy budżetowej). Grupa ta pozostaje w wyraźnym sporze z państwami będącymi płatnikami netto, takimi jak Niemcy czy Szwecja, które naciskają na ograniczenie wydatków.
Jeżeli wspomnianą kołdrę uda się przeciągnąć Niemcom na zachodnią stronę Odry, zrodzi to poważne ryzyko powstania „Europy dwóch prędkości”. Polsce, która do tej pory była największym beneficjentem unijnego budżetu, groziłoby zaś wrócenie do grona państw rozwijających się wolniej.
„Bez silnych ogólnoeuropejskich ram wsparcia istnieje ryzyko, że bogatsze państwa będą transformować się szybciej, a kraje nadal nadrabiające dystans rozwojowy, takie jak Polska, pozostaną pod większą presją kosztową i konkurencyjną. To zagrożenie dla całej Unii. W zintegrowanym wspólnym rynku trwałe różnice w kosztach energii i odporności przemysłowej osłabiają wszystkich” – piszą we wspólnym apelu Wetmańska i Marek Górski, prezydent Konfederacji Lewiatan. Dlatego wspólne europejskie finansowanie, jak podkreślają autorzy apelu, jest dziś koniecznością.
W rozmowie z naszą redakcją Wetmańska dodaje zaś, że wybór pomiędzy priorytetami, co miałoby uzasadniać ograniczenia budżetu UE, jest tak naprawdę wyborem nierealnym. „Nie ma bezpiecznej Europy bez Europy konkurencyjnej” – podkreśla ekspertka.
I mówi wprost: „Jako kraj nie walczymy tylko o interes Polski, ale i całej Europy”.
Rozwój niezbędnych technologii
Szefowie Lewiatana i Instytutu Reform już w tytule wspomnianego apelu piszą dosadnie: w sporze o nowy budżet UE rozstrzyga się przyszłość polskiej gospodarki. Ich zdaniem ta przyszłość powinna być oparta o czyste technologie, które pozwalają produkować i zarządzać energią wewnątrz kraju. Tylko to pozwoli na wyraźne uodpornienie się na zewnętrzne wstrząsy i drastyczne skoki cen paliw, do których w ostatnich latach dochodziło już kilkukrotnie.
„Polska potrzebuje bezpiecznej i taniej energii z odnawialnych źródeł. Dlatego nowy budżet Unii Europejskiej musi przyspieszyć modernizację gospodarki” – podkreślają Górski i Wetmańska. „Stabilna i przystępna cenowo energia elektryczna przestała być luksusem. Staje się fundamentem konkurencyjności gospodarki i warunkiem utrzymania polskiego przemysłu na globalnym rynku” – dodają.
„W dobie kryzysów zadłużeniowych, demograficznych czy energetycznych, priorytetowy nacisk w unijnych strukturach powinien być kładziony na rozwój i transformację” – uzupełnia Safjański, który w Lewiatanie odpowiada m.in. za kwestie energetyczne.
Transformacja energetyczna jest dziś kluczowa już nie z perspektywy klimatycznej, lecz przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa energetycznego. Bezpieczeństwa, czyli nie tylko dostępu do energii, ale i energii w przystępnej i stabilnej cenie. To właśnie temu mają służyć rozbudowa odnawialnych źródeł energii, modernizacja przestarzałych sieci energetycznych, rozwój transportu elektrycznego czy też biogazowni.
„Wiele inwestycji mających się pojawić w nowym budżecie to inwestycje, które zarówno obniżają koszty funkcjonowania systemu energetycznego, jak i zwiększają naszą niezależność i odporność naszej gospodarki na szoki systemowe, takie jak wojna, pandemia czy zaburzenia w łańcuchach dostaw” – tłumaczy Wetmańska.
Paliwa kopalne, czyli wróg rozwoju
Warto przy tym dodać, że stawianie na paliwa kopalne to droga donikąd. Już dziś Polska importuje blisko połowę energii, z czego 80 proc. gazu i niemal 100 proc. ropy. I żadne inwestycje w krajowe złoża tego nie zmienią, bo ich ilości są po prostu znikome lub wręcz śladowe.
Ratunkiem nie będzie również węgiel – i to nie tylko dlatego, że samochody na węgiel nie jeżdżą. Ważne jest także to, że nawet bez unijnych opłat za emisje CO2 wydobywamy w Polsce najdroższy węgiel na świecie. Odpowiadają za to i rosnące koszty pracy, i coraz gorsza jakość wydobywanego węgla, i konieczność pozyskiwania go z coraz głębszych i trudniej dostępnych złóż. To wszystko sprawia, że nawet węgla importujemy coraz więcej – w ostatnich latach jedna dziesiąta tego surowca pochodziła właśnie zza granicy.
W rezultacie w latach 2015-24 niezależność energetyczna Polski wręcz zmalała. I to wyraźnie, bo import nośników energii wzrósł w tym czasie z 29 do 45 proc. Jak podaje Forum Energii, łącznie przełożyło się to na 1,2 bln zł wydatków w dziesięć lat. Nie będzie więc taniej energii w Polsce, jeżeli jej głównym źródłem miałyby być paliwa kopalne.
„Każda złotówka wydana w odchodzenie od paliw kopalnych przekłada się na niższe koszty funkcjonowania gospodarki. To naprawdę ważne, bo dzisiaj ten koszt mamy jeden z wyższych w Europie. Pod uwagę trzeba więc wziąć nie tylko środowiskowy czy klimatyczny aspekt takich inwestycji, ale też to, że z perspektywy rozwoju biznesu kluczowa sprawa to cena. A inwestorzy pytają dziś nie tylko o to, jak tania jest praca, lecz także o to, jak drogi jest prąd” – podsumowuje Wetmańska.











