Ministerstwo rolnictwa i rozwoju wsi przedstawiło projekt rozporządzenia, które ma zakazać stosowania nazw kojarzonych z wyrobami mięsnymi dla ich roślinnych zamienników. Na konsultacje przeznaczono… jeden dzień.
Napis „bezmięsna szynka” na opakowaniu oznacza, że jest to żywność mająca smakować jak szynka, tyle że nie z mięsa. Napis „roślinne kiełbaski” sugeruje zaś, że to produkt podobny w smaku do kiełbasek, tyle że powstały z roślin.
Według branży hodowlanej nie jest to jednak oczywiste, a przez nawiązywanie do mięsnych określeń konsumenci są wprowadzani w błąd. Dlatego ich zdaniem trzeba wprowadzić zakaz.
Ministerstwo po stronie hodowców
Ministerstwo rolnictwa i rozwoju wsi przedstawiło właśnie projekt rozporządzenia, które taki zakaz ma wprowadzić. Zakłada on zastrzeżenie dla wyrobów ze zwierząt gospodarskich czterech konkretnych określeń: szynka, wędlina, kiełbasa i wędzonka.
Dzięki temu, że zmiany mają być wprowadzone w ramach rozporządzenia, nie potrzeba głosowania w Sejmie. To, że PiS nie ma już w nim większości, nie będzie więc przeszkodą.
Na konsultacje projektu, który przygotował wiceminister Janusz Kowalski, przeznaczono… jeden dzień.
Czemu zakaz ma objąć tylko cztery nazwy, a nie gyrosa, mielonego itp.? Nie wiadomo. Można się domyślać, że jest to kiepsko wykonany ukłon w kierunku przedstawicieli konkretnych branż. Bo proponowane zmiany nie są inicjatywą ministerstwa, lecz ośmiu organizacji rolniczych z #HodowcyRazem oraz Stowarzyszenie Rzeźników i Wędliniarzy RP.
Czy ludzie się nie mylą?
Polski Związek Producentów Żywności Roślinnej zwraca uwagę, że obawy ministerstwa o rzekome wprowadzanie ludzi w błąd nie są poparte żadnymi badaniami czy analizami zachowań konsumentów.
Wskazuje też na badanie z 2022 r. przeprowadzone na zlecenie RoślinnieJemy przez firmę badawczą Panel Ariadna na reprezentatywnej grupie Polek i Polaków. Wynika z niego, że 96% konsumentów nie zdarzyło się pomylić przy zakupie nigdy (70%) lub zdarza się rzadko bądź bardzo rzadko (26%).
Ludzie nie rezygnują z mięsa ze względu na smak, lecz z troski o zwierzęta, środowisko, klimat i/lub własne zdrowie. Jeśli mogą mieć ten sam lub zbliżony smak, ale bez tych ukrytych kosztów, to dobrze, by taki wybór mieli ułatwiony. I właśnie temu ma służyć korzystanie z „mięsnych” nazw w roślinnych zamiennikach.
Można przypuszczać, że o wiele bardziej mylące dla ludzi będzie więc narzucenie obowiązku wymyślania zupełnie nowych nazw, które w żaden sposób nie nawiążą do szynki czy kiełbasy. Tak samo widzi to też Polski Związek Producentów Żywności Roślinnej.
„Wykorzystanie przez producentów przytoczonych nazw z dopiskiem „roślinna” lub wskazującym na roślinny składnik będący podstawą danego produktu, jest zrozumiałą i przystępną informacją dla konsumenta na temat sposobu wykorzystania i przygotowania produktu po jego zakupie. Jest to wskazówka, która jednocześnie w jasny sposób komunikuje roślinne pochodzenie produktu wraz ze wskazówkami na temat jego sposobu przygotowania. Mamy podstawy sądzić, że narzucenie producentom poszukiwania innego nazewnictwa wprowadzi na rynku spożywczym oraz półkach sklepowych rzeczywisty zamęt i dezinformację, co poddaje w wątpliwość zasadność intencji wprowadzanych zmian” – tłumaczy organizacja w swoim stanowisku.
Co zrobi nowy rząd?
Podobne zakazy branża mięsna chciała wymusić już m.in. we Francji i na poziomie unijnym. W obu przypadkach poległa. Z kolei w lutym 2023 r. w USA umożliwiono ponowne wykorzystywanie nazw odnoszących się do mleka w jego roślinnych zamiennikach.
Z drugiej strony w UE podobny zakaz dla zamienników mleka i nabiału wciąż obowiązuje.
A co zrobi nowy rząd w Polsce? Teoretycznie sprawa jest prosta. Za chwilę rząd PiS odejdzie, pojawi się nowa władza. Wystarczy nowe rozporządzenie, by zmiany uderzające w rynek zamienników cofnąć (o ile wejdą w życie).
Trudno jednak liczyć na odwagę przyszłego rządu w tej sprawie. O ile o konieczności zmian w energetyce już raczej wiadomo i nie jest to oburzający postulat, tak zmiany w rolnictwie to wciąż temat tabu.
Co więcej, w nowym rządzie więcej do powiedzenia ws. rolnictwa będzie miał zapewne obrońca branży hodowlanej, Michał Kołodziejczak z Agrounii. A nie politycy prośrodowiskowi i prozwierzęcy.
Branża mięsna w strachu?
Niedawny raport firmy konsultingowej GovGrant przewiduje, że w 2040 r. 60% mięsa nie będzie pochodzić od zwierząt, lecz z laboratorium (35%) i roślinnych zamienników (25%).
W Polsce największy udział w rynku mają zamienniki właśnie mięsa. Wynosi on 15%. W 2022 r. wartość sprzedanych roślinnych alternatyw różnych produktów wzrosła o 50% względem roku 2021 i 125% względem roku 2020. Spośród 13 przebadanych państw UE, to właśnie w Polsce rynek ten rośnie najszybciej (dane z raportu GFI Europe).
– Walczymy o to, żeby sektor roślinny był traktowany tak samo. Jednak lobby mięsne broni swoich biznesów – tu środki finansowe, tam cenzura. Zasłaniają się dobrem osób konsumenckich, chociaż to sektor hodowlany nie pokazuje jak „produkowana” jest szynka, wędlina, kiełbasy. Ministerstwo tym projektem pokazuje, że jest stronnicze, nie chce sprawiedliwej transformacji systemu żywności i wspiera zanieczyszczających – podsumowuje Anna Spurek z fundacji prozwierzęcej Green REV Institute.












