Bez kategorii

Świat ma 320 bilionów dolarów długu. Ale… u kogo?

320 bilionów dolarów, albo 320 000 000 milionów dolarów – to łączne zadłużenie ludzkości – wszystkich rządów, firm, gospodarstw domowych na planecie. Prawie trzykrotność całego globalnego PKB. 40 000 dolarów na każdego człowieka na Ziemi.

I do tego ten dług rośnie szybciej niż gospodarka, szybciej niż populacja i szybciej niż inflacja. Jeszcze w 2007 roku globalny dług wynosił około 100 bilionów dolarów. W ciągu siedemnastu lat wzrósł ponad trzykrotnie! Kryzys 2008, pandemia COVID-19 – każdy kryzys dokłada kolejne biliony. Koszty obsługi tego długu rosną dramatycznie. W krajach OECD, nawet przy obecnych bardzo niskich stopach procentowych, płatności odsetkowe wynoszą już 3,3% PKB – więcej niż wydatki na obronę. 3,4 miliarda ludzi żyje w krajach, które wydają więcej na spłatę odsetek niż na opiekę zdrowotną czy edukację.

Dług stał się tak duży, że standardowe narzędzie ograniczania jego wzrostu – podwyższenie stóp procentowych, już nie działa. Krótko mówiąc – albo mamy niskie stopy procentowe i dług rośnie, bo jest tani, albo podnosimy stopy procentowe i dług rośnie, bo coraz więcej musimy pożyczać, żeby spłacić odsetki. Grzęźniemy coraz głębiej w długach.

Media alarmują. Ekonomiści ostrzegają. Politycy obiecują „zaciskanie pasa”. Społeczeństwa słyszą, że nie stać nas na lepszą służbę zdrowia, wyższe emerytury, darmowe studia – bo jesteśmy zadłużeni. Młodzi ludzie stwierdzają zaś, że nie stać ich na dzieci.

Ale rzadko ktoś zadaje najbardziej fundamentalne pytanie:

Jeśli jesteśmy wszyscy – rządy, firmy, rodziny – zadłużeni na 320 bilionów dolarów, to wobec kogo? Kto jest wierzycielem ludzkości?

To nie jest pytanie retoryczne. Bo istnieje prosta prawda księgowa: każdy dług jest czyimś aktywem. To proste stwierdzenie faktu, ale jego konsekwencje są rewolucyjne.

Gdy rząd emituje obligacje na 100 miliardów, ktoś je kupuje i posiada aktywa warte 100 miliardów. Gdy firma zaciąga kredyt, ktoś trzyma ten kredyt jako majątek generujący odsetki. Gdy student bierze pożyczkę, staje się ona czyjąś inwestycją.

320 bilionów długu = 320 bilionów aktywów dłużnych

Pytanie przestaje brzmieć: „Dlaczego jesteśmy tak zadłużeni?”, lecz zaczyna brzmieć: „Kto zgromadził 320 bilionów w roszczeniach wobec reszty świata?”. Przecież nie Kosmici?

Odpowiedź jest zadziwiająco prosta. I wstrząsająco niewygodna.

Kto posiada dług? Rozwiązanie zagadki

Blisko 1/4 wszystkiego, co ludzkość zgromadziła przez tysiące lat – ziemia, budynki, fabryki, akcje, obligacje (mówiąc językiem księgowych – aktywów dłużnych) – należy do jednego promila najbogatszych ludzi na planecie. Niemal połowa globalnego majątku należy do najbogatszego 1%. Najbogatsze 10% posiada zaś ponad 80%.

A biedniejsza połowa ludzkości – cztery miliardy ludzi? Posiadają 1-2% globalnego bogactwa. Mniej niż błąd statystyczny w majątku miliarderów.

Instytucje finansowe – banki, fundusze, firmy ubezpieczeniowe – posiadają 40-50% długu publicznego. Ale kto jest właścicielem tych instytucji? Akcjonariusze. A blisko 90% akcji należy do najzamożniejszych 10%.

Warto tu na moment postawić mały przypis, żeby zachować pełną precyzję. Nie każdy dolar z tych 320 bilionów to czysty zysk lądujący na jachcie miliardera. Eksperci szacują, że około 25–30% tej kwoty (jakieś 80–100 bilionów) to swoisty obieg zamknięty: rządy pożyczają pieniądze od własnych banków centralnych lub publicznych funduszy emerytalnych. To operacje księgowe „między lewą a prawą kieszenią” państwa, gdzie odsetki ostatecznie wracają do wspólnego worka. Ale nawet gdy odejmiemy te techniczne przesunięcia, zostaje nam astronomiczna kwota: 220–240 bilionów dolarów długu rynkowego. I to jest ten realny, prywatny dług, który dusi gospodarkę.

Odpowiedź jest prosta: głównym posiadaczem tych decydujących 240 bilionów długu globalnego jest ta sama grupa, która kontroluje połowę całego światowego majątku – najbogatsi.

W debacie publicznej mówi się o „problemie długu”. Rzadko o „problemie nagromadzenia aktywów dłużnych”. To ta sama rzeczywistość oglądana z dwóch perspektyw – ale jedna brzmi jak obciążenie, druga jak przywilej.

Media alarmują: „Dług publiczny przekroczył 100% PKB!” Rzadko słyszymy: „Bogaci zgromadzili aktywa dłużne o wartości 100% PKB!”

Ta asymetria w języku nie jest przypadkowa. Zmienia sposób, w jaki myślimy o rozwiązaniach. Gdy mówimy o długu jako problemie, naturalna odpowiedź brzmi: trzeba go spłacić, ciąć wydatki, zaciskać pasa. Gdy mówimy o nadmiernym nagromadzeniu aktywów dłużnych przez elity, naturalna odpowiedź brzmi zupełnie inaczej: opodatkować, zrestrukturyzować, rozłożyć ciężar sprawiedliwiej.

Wielki transfer: jak spłata długu wzbogaca najbogatszych

Mechanizmy transferu bogactwa do najbogatszych są całkiem proste… i brutalne w swojej prostocie.

Rząd potrzebuje pieniędzy – na infrastrukturę, edukację, emerytury, czasem po prostu na łatanie dziur budżetowych. Emituje obligacje. Kto je kupuje? Ci, którzy mają nadwyżki kapitału: banki, fundusze, zamożni inwestorzy. Innymi słowy: bogaci.

Teraz rząd musi płacić odsetki. Skąd bierze pieniądze? Z podatków. Kto płaci podatki? Wszyscy – ale proporcjonalnie najwięcej klasa średnia. Dokąd trafiają odsetki? Do posiadaczy obligacji. Czyli głównie do najbogatszych.

Polska płaci odsetki od długu w wysokości 60 miliardów złotych rocznie – 1500 złotych od każdego Polaka. I uwaga – to dzieje się co roku. Każdego roku dziesiątki miliardów płyną z kieszeni zwykłych podatników do portfeli najbogatszych.

Rzućmy okiem na Japonię, która ma najwyższy dług publiczny na świecie – 250% PKB. W medialnej narracji to katastrofa w zwolnionym tempie, przykład tego, czego należy unikać. Ale kto posiada ten dług? Głównie japońskie instytucje finansowe. Kto je kontroluje? Najbogatsze japońskie rodziny i korporacje. Rząd płaci około 70 miliardów dolarów odsetek rocznie. To transfer bogactwa od japońskich podatników do japońskich elit. System funkcjonuje. Japonia nie zbankrutuje, bo wierzycielem są jej właśni obywatele – głównie ci najbogatsi. Mogą czekać, są bogaci i nie spieszy im się – zyski rosną spokojnie, przewidywalnie i bez wysiłku z ich strony.

Podobnie działa dług korporacyjny. Bogaci inwestorzy pożyczają im pieniądze, kupując obligacje korporacyjne. Firma płaci im za to odsetki, na które składają się pracownicy swoimi niższymi pensjami i konsumenci płacąc wyższe ceny.

Najbardziej drapieżny jest wysoko oprocentowany dług konsumencki – karty kredytowe oprocentowane na 15-20%, chwilówki czy kredyty studenckie. Dług ten jest własnością banków i funduszy …których właścicielami są najbogatsi, dobrze zarabiający na odsetkach z tych kredytów.

Spirala transferu kapitału do najbogatszych

  1. Bogaci mają nadwyżki, które inwestują w obligacje i pożyczki
  2. Rządy, firmy i ludzie potrzebują pieniędzy, więc biorą pożyczki, od których płacą odsetki
  3. Następuje transfer bogactwa do bogatych, dzięki czemu mają oni jeszcze więcej pieniędzy
  4. …i wracamy do pkt. 1, ale z jeszcze większymi pieniędzmi po stronie zamożnych

Jest w tym prosta logika matematyczna: jeśli posiadasz kapitał, zarabiasz pasywnie 5-8% rocznie. Prawie bez kiwnięcia palcem. Jeśli musisz pożyczać, tracisz 5-15% rocznie na spłacie odsetek.

Osoba zarabiająca 70 tysięcy rocznie może odłożyć 7 tysięcy. Po dziesięciu latach zgromadzi 70 tysięcy – tyle, ile posiadacz miliona przy 7-procentowej stopie zwrotu zarabia pasywnie w jeden rok.

Posiadacz miliona po dziesięciu latach zbierania procentu składanego 7% rocznie ma 2 miliony. Posiadacz miliarda będzie mieć 2 miliardy. Przepaść nie tylko się nie zmniejsza, lecz rośnie. Rośnie wykładniczo.

Dług jest paliwem tej spirali. Im więcej długu, tym więcej aktywów generujących pasywny dochód dla elit. Im więcej płacimy odsetek, tym mniej zostaje na inwestycje, edukację czy płace.

Historyczna perspektywa: jak się w to wpakowaliśmy?

Po II wojnie światowej odpowiedzią na ogromne długi wojenne nie było „zaciskanie pasa”, lecz redukcja nierówności. Rządy wprowadziły dla najbogatszych krańcowe stawki podatkowe 70-90%, wysokie podatki od spadków, silne związki zawodowe i masowe inwestycje publiczne. Efekt? Długi zostały spłacone, a nierówności malały. Powstała masowa klasa średnia. Produktywność i płace rosły równolegle – w latach 1948-1979 w USA o około 100%.

Jednak od lat 80. – ery Reagana i Thatcher – trend się odwrócił. Rozpoczęły się olbrzymie obniżki podatków dla bogatych, deregulacja finansów, osłabienie związków zawodowych i prywatyzacja usług publicznych.

W latach 1979-2020 produktywność w USA wzrosła o 62%, ale wynagrodzenia tylko o 17%. Gdzie zniknęło 45 punktów procentowych? W zyskach korporacji i dywidendach – czyli w kieszeniach akcjonariuszy.

Jednocześnie dług eksplodował. To nie przypadek. Gdy obniżasz podatki dla bogatych, budżety mają deficyty. Musisz pożyczać. Od kogo? Od tych samych bogatych, którym właśnie obniżyłeś podatki. I płacisz im odsetki.

To nie błąd w systemie. To jego immanentna cecha.

Kryzysy 2008 roku i COVID-19 dramatycznie przyspieszyły proces. Interwencje rządowe uratowały system, ale napompowały ceny aktywów finansowych. Kto je posiada? Najbogatsi. Podczas gdy setki milionów traciły pracę, miliarderzy zwiększyli swoje majątki o biliony.

Erozja państwa i rozpadający się świat

Miliarderzy mają ogromny wpływ na decyzje polityczne. Finansują kampanie, zatrudniają lobbystów, kupują media. I używają tej władzy, by obniżać własne podatki. W USA krańcowa stawka podatkowa spadła z 91% w latach 50. do 37% obecnie. Warren Buffett słynnie zauważył, że płaci niższy procent podatków niż jego sekretarka. Gdy bogaci płacą mniej, budżety mają deficyty. Trzeba pożyczać. Od kogo? Od bogatych. I płacić im odsetki. Koło się zamyka. Rośnie opodatkowanie klasy średniej, a ludzie czują, że to nie jest system dla nich, lecz do ich „dojenia”.

Jednocześnie rośnie presja na cięcia w wydatkach publicznych. Służba zdrowia, edukacja, zabezpieczenia społeczne pogarszają się. Bogaci przestają z nich korzystać – prywatne szkoły, kliniki, ochrona. I wtedy jeszcze mniej zależy im na płaceniu podatków. Społeczeństwo się rozdziela – bogaci żyją w swoim oddzielonym świecie, nie widząc skutków ubóstwa i degradacji sfery publicznej.

W miarę jak usługi publiczne stają przed coraz większą presją, społeczeństwa domagają się od rządów ich utrzymania, co też zwiększa presję na zadłużanie się – u najbogatszych.

Ekstremalne nierówności mają wymierne skutki.

USA są bogatsze od większości Europy, ale przeciętny Amerykanin żyje krócej niż przeciętny Europejczyk – jest  więcej przemocy, problemów psychicznych i uzależnień. Chroniczny stres ekonomiczny większości społeczeństwa ma poważne skutki zdrowotne: coraz więcej osób ma wysoki poziom kortyzolu, cierpi na nadciśnienie, choroby serca itd.

„American Dream” statystycznie umarł. Najbardziej nierówne społeczeństwa mają najniższą mobilność. W USA szansa, że dziecko z najuboższych 20% dotrze do najbogatszych 20%, wynosi 7%. W Danii – 12%. Urodzenie w konkretnej klasie społecznej niemal predeterminuje całe życie, jak w Średniowieczu. Społeczeństwo bez mobilność społecznej po prostu pęka: to właśnie mobilność (szansa na awans) jest świadectwem zdrowego rozwoju demokracji.

Gdy obywatele widzą, że ich głos nie ma znaczenia, tracą wiarę w demokrację. Państwo przestaje być postrzegane jako wspólny projekt obywateli, a zaczyna być postrzegane jako opresyjny mechanizm w którym wąska elita pasie się kosztem większości społeczeństwa. Rosną cynizm i populizm, a zamiast współpracy mamy frustrację i polaryzację.

Transfer środków od ubogich do bogatych zachodzi nie tylko wewnątrz krajów, lecz także między nimi. Kraje rozwijające się w 2024 roku zapłaciły ponad 920 miliardów dolarów odsetek od długu – to pieniądze, które mogłyby iść na edukację, zdrowie czy adaptację klimatyczną. Globalnie najbogatsze 10% ludzi emituje 50% CO2, ale to najubożsi najbardziej ponoszą konsekwencje zmiany klimatu.

Co gorsza, tempo procesu narastania nierówności gwałtownie przyspiesza. W dekadzie 2010-2020 najbogatszy 1% przechwytywał około połowy nowego majątku; w latach 2020-2023 położył swoje łapy już na 63% całego nowo wytworzonego bogactwa globalnego. Z 42 bilionów dolarów nowego bogactwa, 26 bln trafiło do top 1%, a tylko 16 bln do pozostałych 99% ludzkości (przy czym większość z tego przejęło górne 10%) OECD. Aż strach pomyśleć, do jak bardzo dystopijnego świata za kilka dekad doprowadziłaby kontynuacja tego trendu…

Kraje skandynawskie: dowód, że może być inaczej

Czy obecny system jest nieunikniony? Historia pokazuje, że nie.

Kraje skandynawskie utrzymały wiele elementów modelu powojennego. Łączne obciążenie podatkowe wynosi tam 45-55% PKB – prawie dwukrotnie więcej niż w USA. System jest progresywny – im więcej zarabiasz, tym wyższy procent płacisz.

Rezultat? Kraje nordyckie przodują w globalnych rankingach szczęścia i jakości życia. Nierówności są najniższe na świecie (współczynnik Giniego 0,25-0,28 vs. 0,41 w USA). Zadłużenie publiczne wynosi 30-40% PKB, w porównaniu do 125% w USA. Doskonałe usługi publiczne – darmowa edukacja, powszechna służba zdrowia. Najwyższa mobilność społeczna.

A jednocześnie: kraje te mają PKB per capita na równi z USA, najwyższą konkurencyjność gospodarczą i, największą innowacyjność per capita. Spotify, Skype, Minecraft, IKEA, Lego – to wszystko produkty skandynawskie.

Ten „socjalistyczny” model nie zabija przedsiębiorczości, lecz wręcz tworzy dla niej lepsze warunki, bo ludzie nie boją się ryzykować, gdy wiedzą, że mają zabezpieczenie.

To wszystko nie stało się samo. To rezultat świadomych wyborów politycznych podejmowanych przez dekady. Skandynawowie zadecydowali, że wolą płacić wyższe podatki i mieć lepsze społeczeństwo – i gospodarczo im się to opłaciło.

Polska: na tle globalnym jest nieźle, na razie

Kraje Unii Europejskiej na tle globalnym cechują się stosunkowo niewielkimi nierównościami, a Polska nawet na ich tle wygląda całkiem dobrze (współczynnik Giniego 0,3). Z czasów komunistycznych w 1990 roku wyszliśmy jako społeczeństwo biedne, ale też bez dużych nierówności. W 1990 r. uboższa połowa Polaków otrzymywała 28% całości dochodów, i choć obecnie udział ten spadł do 20%, to znaczący wzrost gospodarczy spowodował, że dochody uboższej części społeczeństwa poszły mocno w górę. To, że Polska jest krajem o relatywnie niewielkich nierównościach korzystnie wpływa na jakość naszego życia, bezpieczeństwo i mobilność społeczną. Warto o to dbać.

Jednocześnie są znaki ostrzegawcze, że możemy wchodzić na trajektorię kumulacji bogactwa przez nielicznych i narastania nierówności: o ile jeszcze w 1990 r. 10% najbogatszych Polaków otrzymywało ok. 20% całości dochodów, obecnie przejmują już blisko 40%. Polska nie jest też samotną wyspą, lecz częścią gospodarki światowej, grozi nam nie tylko narastanie nierówności wewnątrz kraju, ale też wyciek naszego majątku na zewnątrz – mechanizmy przenoszenia zysków wypracowywanych w Polsce do innych krajów, w tym rajów podatkowych, drenują nas coraz intensywniej – szczególnie agresywnym przykładem są tu działania Big Techów, których faktyczna stopa podatkowa od zysku w Polsce wynosi ok. 2%.

Co można zrobić?

Literatura na ten temat jest naprawdę bogata – nie brakuje wiedzy ani narzędzi. Brakuje woli politycznej.

Absolutna równość byłaby demotywująca i nieuczciwa: osoby mające wyższe kompetencje, mające większą odpowiedzialność, pełniące ważniejsze role społeczne i bardziej dokładające się dla dobra społeczeństwa zasługują na wyższe dochody. Jakie są rozsądne granice nierówności? Mamy tego dobre przykłady w służbie publicznej, wojsku, służbie zdrowia czy na uczelniach – osoby stojące na szczycie hierarchii (minister, generał, ordynator, rektor) zara­biają 15–20 razy więcej od osób na jej dole (szatniarka, szeregowiec, salowa, doktorant).

Roczny podatek 1-2% od majątków powyżej 10 milionów dolarów, 3-5% dla miliarderów – to i tak mniej niż zwrot z kapitału (5-8% rocznie). Najbogatsi nadal by się bogacili, tylko wolniej. Globalnie podatek taki dałby 2-3 bln dolarów rocznie – z naddatkiem wystarczyłoby na wyeliminowanie biedy, głodu, transformację energetyczną i ochronę klimatu, i jeszcze wiele innych działań.

Podatek 50-70% od dużych spadków nie zabierze nikomu komfortowego życia, ale zapobiegnie dynastycznej koncentracji bogactwa. USA miały taki podatek do lat 80., w wysokości 77%. I gospodarka rosła szybciej niż dziś.

Przez raje podatkowe, takie jak Bermudy, Kajmany czy Luksemburg państwa tracą 400-500 miliardów dolarów rocznie. To brakujące finansowanie szpitali, szkół i uniwersytetów. To nauczyciele, których nie zatrudniono. To stypendia, których nie przyznano.

Jest coś głęboko niesprawiedliwego w systemie, w którym osoba zarabiająca 100 tysięcy zł ciężką pracą płaci wyższy procent podatków niż ktoś, kto zarobił 10 milionów pasywnie z dywidend. W Polsce miliarder płaci 19% – tyle samo co przedsiębiorca zarabiający sto tysięcy. Dlaczego pasywny dochód ma być opodatkowany niżej niż praca??

W Skandynawii 60-80% pracowników należy do związków zawodowych. W USA tylko 10%. To nie przypadek, że w USA nierówności rosną szybciej. Silne związki oznaczają realną siłę przetargową i udział w owocach wzrostu. Osłabienie związków od lat 80. to celowa polityka. Można ją odwrócić.

I fundamentalna zmiana: zamiast obniżać podatki bogatym, a potem pożyczać od nich te same pieniądze z odsetkami, można po prostu podnieść im podatki i finansować bezpośrednio. Lepiej wziąć 100 z podatków niż pożyczyć 100 i spłacić 130. A jednak robimy to drugie. Dlaczego? Bo ci, którzy płaciliby wyższe podatki, zarabiają na pożyczkach z odsetkami i lobbują, by system działał na ich korzyść.

System działa tak, jak został zaprojektowany. Pytanie: czy jako społeczeństwo chcemy to kontynuować?

Raje podatkowe, co z tym zrobić

Gdy jakiś kraj chce podjąć działania ukierunkowane na opodatkowanie najbogatszych, ci grożą, że wyniosą się ze swoim majątkiem za granicę. Nic to, że i tak masowo ulokowali swoje spółki w rajach podatkowych i tam księgują zyski, prawie nie płacąc podatków w krajach, gdzie faktycznie prowadzą działalność i zarabiają.

Żeby było jasne, działania na skalę Polski nie są i nie będą wystarczające – w granicach UE mamy wolny przepływ ludzi i kapitału (ok, dla klasy średniej i niższej wcale nie tak wolny – życzę powodzenia choćby w założeniu konta bankowego w innym kraju UE – ale dla klasy wyższej i korporacji jak najbardziej), niezbędne są więc działania co najmniej na szczeblu UE; a jeszcze lepiej na szczeblu międzynarodowym. Co prawda patrząc na prezydenta Donalda Trumpa otoczonego wianuszkiem miliarderów, nie oczekiwałbym współpracy, ale z czasem kto wie – za jakiś czas wahadło może wychylić się w drugą stronę i pojawić pole do współpracy. Jakiej?

Spółki zarejestrowane w rajach podatkowych w ogóle nie powinny mieć prawa do prowadzenia działalności ani posiadania aktywów. Sorry – jeśli nie płacisz u nas podatków, nie możesz u nas robić biznesu. Konieczna jest pełna międzynarodowa przejrzystość struktury właścicielskiej, bez możliwości ukrywania własności. Przejrzysty cyfrowy rejestr pozwala łatwo określić kto jest udziałowcem w danej spółce nawet w przypadku długiego łańcucha własności. Jeśli spółka ma choćby częściowo niejasną strukturę właścicielską, urywającą się gdzieś w jakimś raju podatkowym – sorry, ale do momentu uporządkowanie tej sytuacji nie może prowadzić u nas biznesu.

Jak już wiemy co do kogo należy i jakie zyski przynosi, stosujemy globalny podatek od obywatelstwa – niezależnie od tego gdzie się mieszka, płaci się podatki dochodowe i od majątku obowiązujące w danym kraju. Towarzyszy temu „Exit Tax” – gdy miliarder zmienia rezydencję podatkową, płaci podatek od niezrealizowanych zysków kapitałowych taki, jakby sprzedał wszystkie aktywa w dniu wyjazdu.

W wersji „soft”, powiedzmy w okresie przejściowym, w którym nie odcięlibyśmy zupełnie robienia biznesów z rajami podatkowymi, pieniądze do nich transferowane (za dywidendy, odsetki od pożyczek, opłaty licencyjne, tantiemy, opłaty za usługi niematerialne i całą resztę menażerii wyprowadzania pieniędzy) powinny być opodatkowane wysokim podatkiem rzędu 40-50%.

Najważniejsze jest zrozumienie, że raje podatkowe istnieją bo duże kraje pozwalają im istnieć. Gdyby USA, UE i Chiny się skoordynowały, raje przestałyby istnieć w ciągu roku. To kwestia woli, nie możliwości technicznych.

Dlaczego to się nie dzieje?

Odpowiedź jest niewygodna: ci, którzy posiadają 320 bilionów aktywów i połowę majątku, mają ogromną władzę nad systemem, który miałby ich opodatkować.

W USA top 0,01% – około 25 tysięcy rodzin – wydaje na wybory i lobbing tyle, co 90% reszty razem. Armie prawników i konsultantów kształtują przepisy pod interesy korporacji skuteczniej niż wybrani politycy.

Zagrożeniem dla skoncentrowanego kapitału jest demokracja, a jego odpowiedzią na to zagrożenie jest propaganda. Media kształtują opinię i definiują co jest „rozsądne” w polityce gospodarczej. Przez cztery dekady dominował przekaz: rynki wiedzą najlepiej, mniej państwa to wolność, a bogaci tworzą miejsca pracy, więc nie obciążajmy ich podatkami. Ostatnio zaś przejmowanie mediów przyspiesza, a ich przekaz robi się coraz ostrzejszy.

Elon Musk kupił Twittera (X) aby wpływać na opinię publiczną. Rupert Murdoch zbudował imperium medialne i nie waha się go używać w celach politycznych. Larry Page i Sergey Brin kontrolują Google i Youtube. Zuckerberg kontroluje platformy, z których korzysta połowa ludzkości. Powiązana z Donaldem Trumpem rodzina Ellisonów, po przejęciu hollywoodzkiego studia Paramount, w którym szybko dokonał czystek zorientowanych na propagowanie swojego światopoglądu, szykuje się do przejęcia wielkiej grupy medialnej Warner Bros oraz zakupu Tik-Toka. Jeff Bezos kupił Washington Post. Listę mediów w posiadaniu miliarderów można by długo kontynuować. To oni decydują, co zostanie nagłośnione, co wyciszone, a co obśmiane.

Miliarderzy propagują ruchy wolnościowe, które bronią bogactwa i władzy przed tymi, którzy chcą ograniczyć ich koncentrację. „Wolność” brzmi dobrze, ale w praktyce oznacza wolność kapitału od demokratycznej kontroli. Narracja wolnościowa i wolnorynkowa jest tak zakorzeniona, że ludzie bronią systemu działającego przeciwko nim! Naiwnie wierzą, że obniżki podatków i zwolnienia od opodatkowania spadków dla miliarderów „spłyną” do nich. Wierzą, że alternatyw nie ma – mimo że Skandynawia pokazuje inaczej.

Zmiana wymaga przełamania tej władzy. Nie przez rewolucję, ale przez oddolne ruchy, reformę finansowania kampanii, edukację ekonomiczną, międzynarodową koordynację. To trudne. Władza nie rezygnuje dobrowolnie. Ale historia pokazuje, że możliwe – gdy kryzys staje się na tyle dotkliwy, że społeczeństwo przestaje akceptować niekorzystny dla niego deal.

Świat na rozdrożu

Obecny system jest matematycznie niestabilny. Historia zna dwie drogi redukcji ekstremalnych nierówności.

Pierwsza: wojny, plagi i rewolucje. Wiek XX pokazał to dwukrotnie. Wojny światowe, Wielki Kryzys, hiperinflacja, konfiskaty, bankructwa, a nawet masowe mordowanie dotychczasowych elit. To był reset przez kataklizm. Miliony zginęły. Miasta legły w gruzach. Nikt przy zdrowych zmysłach nie życzyłby sobie tej drogi.

Druga: świadome reformy polityczne. Lata 1945-1980 pokazały, że jest to możliwe bez wojen (choć doświadczenia wojen światowych oraz konkurencja bloku komunistycznego mocno pomogły w sfokusowaniu myślenia…). Wysokie podatki dla bogatych, silne związki, inwestycje publiczne. Długi zostały spłacone, nierówności spadły, a klasa średnia rozrosła się, stając się stabilnym fundamentem demokracji. Bogaci protestowali, ostrzegali przed „socjalizmem” i grozili emigracją. Ale wysokie podatki nie zabiły gospodarki – wręcz przeciwnie.

Którą drogą podążymy?

Spirala narastających nierówności przyspiesza. Młodzi ludzie, po raz pierwszy od pokoleń widzą, że nie będą żyć lepiej niż ich rodzice. Ta frustracja wybuchnie – albo w formie reform, jeśli politycy zbiorą się na odwagę, albo w formie populizmu, destabilizacji, konfliktów i masowego cierpienia.

Możemy czekać, aż system się załamie – nieprzewidywalnie i brutalnie. Albo świadomie wybrać reformy – trudne, ale dające szansę na sprawiedliwsze społeczeństwa.

Epilog: pytanie, które zmienia wszystko

Następnym razem, gdy usłyszysz o „problemie długu publicznego”, zadaj inne pytanie.

Nie: „Jak bardzo jesteśmy zadłużeni?”

Ale: „Kto posiada nasze długi jako swoje aktywa?”

Nie: „Jak możemy spłacić dług?”

Ale: „Dlaczego transferujemy tak wiele bogactwa do tak niewielu ludzi?”

To, że 1% posiada blisko połowę globalnego majątku, że roszczenia elit sięgnęły już 320 000 000 000 000 dolarów, a co roku setki miliardów płyną od zwykłych ludzi do najbogatszych – to nie prawo natury, to nie fizyka, to nie nieuchronny skutek „wolnego rynku”. To efekt konkretnych zasad prawnych, polityk podatkowych i decyzji regulacyjnych. Mogło być inaczej. Powinno być inaczej. I może być inaczej.

Każda spłata długu z podatków, każde cięcie uzasadniane tym, że „nie stać nas”, każda obniżka dla bogatych tłumaczona tym, że „inaczej wyjadą” – to wybory pogłębiające koncentrację kapitału i narastanie nierówności.

Ale są to wybory. Nie prawa natury. Wybory.

Skandynawia pokazuje, że można mieć wysokie podatki, niskie nierówności, doskonałe usługi publiczne i dynamiczną gospodarkę. Powojenna Europa pokazała, że można zmniejszyć zadłużenie bez rujnowania społeczeństwa – jeśli najbogatsi wezmą na siebie sprawiedliwą część.

Pytanie nie brzmi „czy możliwe” – odpowiedź oczywista. Pytanie brzmi: „czy mamy wolę?”

Odpowiedź dostaniemy, gdy presja społeczna przełamie opór elit. Gdy dość ludzi zrozumie, jak działa system. Gdy dość ludzi stwierdzi, że nie chce dłużej uczestniczyć w transferze bogactwa w górę.

320 bilionów długu. Połowa majątku w rękach 1%. 60 miliardów złotych od polskich podatników.

To nie abstrakcje ze świata statystyczne. To świat, w którym żyjemy. Świat, gdzie większość pracuje ciężej, by zostać w miejscu, podczas gdy garstka bogaci się bez wysiłku.

Ten świat możemy zmienić. Historia pokazuje jak. Ekonomia pokazuje, że się opłaca. Skandynawia pokazuje, że działa.

Ale najpierw musimy przestać udawać, że to przypadek. To wybór. Nasz wybór.

I możemy wybrać inaczej.

Podobne wpisy

Więcej w Bez kategorii