Przeszkody na drodze

Który świat bardziej Ci się podoba - kryzysu energetycznego, katastrof klimatycznych, głodu i konfliktów czy czystej i bezpiecznej energii ze źródeł odnawialnych, czystego środowiska i zrównoważonego rozwoju? O ile nie jesteś niereformowalnym osobnikiem "kopalnym", to najprawdopodobniej ten drugi.

Dlaczego więc zmierzamy w kierunku pierwszej rzeczywistości? Zanim zastanowimy się, jakie działania można podjąć, aby były one naprawdę skuteczne, poznajmy przeszkody, z jakimi przyjdzie nam się zmierzyć, aby podążyć tą drugą drogą: sprzeczność pomiędzy krótkoterminowymi interesami finansowymi a potrzebą zmian,problemy z percepcją społeczną i zmianą postaw, trudności w podjęciu działań przez polityków, partykularne interesy krajów i brak konsensusu międzynarodowego.

Przede wszystkim, pieniądze

Na krótką metę energia z paliw kopalnych jest najtańsza i najwygodniejsza w użyciu. Nie bez powodu dają nam one 85% zużywanej przez nas obecnie energii. Podobnie otwarty cykl produkcyjny - pozyskać rabunkowo surowce, przetworzyć w towary, a po jakimś czasie wyrzucić lub spalić to, co pozostało. Jest to najtańsze, podobnie, jak wyrzucenie nieoczyszczonych ścieków do rzeki. Koszty tego ponoszą inni. Jest to tzw. eksternalizacja kosztów i powoduje, że energia z węgla, jazda samochodem, czy produkcja mogą być tanie, przynajmniej pozornie. Jeśli jedna fabryka zainwestuje w filtry na kominie, a druga nie, to kto będzie w stanie dostarczyć tańsze towary? Ta druga, rzecz jasna.

A skoro już o pieniądzach. Im więcej kupujemy, tym bardziej zadowolone są koncerny przemysłowe, banki i media. Osaczają nas reklamami, a my radośnie kupujemy niepotrzebne nam w gruncie rzeczy gadżety, mające dać nam poczucie spełnienia i wyróżnić nas z tłumu.

Wprowadzenie podatku węglowego czy innych form regulacji mających na celu ograniczenie zużycia paliw kopalnych uderzyłoby w przemysł wydobywczy. Korporacje zajmujące się wydobyciem ropy, gazu i węgla to biznes idący w tysiące miliardów dolarów i jakiekolwiek ruchy w stronę ograniczenia zużycia paliw kopalnych oznaczają dla nich spadek popytu i redukcję zysków idącą w dziesiątki i setki miliardów dolarów. Koncerny mogą posiadać złoża węgla, ropy, gazu i uranu. Energia słońca czy wiatru nie ma jednak właściciela. Gdyby świat odszedł od paliw kopalnych, wartość ich złóż drastycznie by spadła.

Komiks. Źródło: photobucket.

Firmy energetyczne produkują prąd głównie w elektrowniach na paliwa kopalne. Również tam wielkie pieniądze zostały zainwestowane w infrastrukturę, która teraz na siebie zarabia. Spadek zapotrzebowania na energię lub zmiana technologii i konieczność zamknięcia wartych setki miliardy dolarów instalacji uderzyłoby w ich interesy. Rozpowszechnienie i decentralizacja produkcji energii, związane z lokalnymi siłowniami wiatrowymi czy słonecznymi, uniezależniają ponadto ludzi od korporacji, co jest wbrew ich interesom.

"Powiązanie pomiędzy węglem, elektrycznością i wzrostem ekonomicznym w USA jest oczywiste. Pozwala nam ono na nasz sposób życia, sposób pracy nasz sukces ekonomiczny i naszą przyszłość. Elektrownie węglowe są niezbędne".



Fred Palmer
, prezes Western Fuels Associations

"Limity emisji CO2? Za duże i za szybko!",

Jack Gerard, prezes American Chemistry Council

Przemysł samochodowy i lotniczy zainwestował setki miliardów w linie produkcyjne. Następstwa wprowadzenia regulacji dotyczących norm spalania czy zmniejszenie popytu na obecne paliwożerne modele poskutkowałoby koniecznością gruntownej przebudowy linii produkcyjnych.

"Klienci oczekują od nas dużych, dynamicznych aut z dobrą klimatyzacją. Jesteśmy po to, aby im służyć".

Gerd Klauss, prezes Volkswagen AG

Słyszymy wypowiedzi przedstawicieli europejskich koncernów samochodowych, narzekających na pomysły Komisji Europejskiej, chcącej obniżyć normy spalania w autach tak, żeby emisja CO2 spadła do poziomu 120 g/km (ze 160 g/km obecnie). Podkreślają na przykład, że to podniesie koszt auta o 3000 euro. Poważna sprawa, prawda? Tylko, że już ani słowa o tym, że oszczędności na paliwie wyniosą  3-4 razy więcej...

Celem istnienia korporacji jest zarabianie pieniędzy. Opinia wśród klientów jest bardzo ważna dla wizerunki marki. Jeśli społeczeństwo oczekuje, że korporacje będą postępować etycznie, dbać o ekologię i klimat, to należy im to dać. Produkty firmy mają przecież dobrze się kojarzyć. W związku z tym firmy tworzą programy CSR (Corporate Social Responsibility - Korporacyjna Odpowiedzialność Społeczna), mające na celu zapewnienie działań promujących wizerunek firmy jako uczciwej, dbającej o ludzi, nie tylko klientów i pracowników, ale też uczciwie płacącej ludziom w krajach trzeciego świata, przestrzegającej wysokich standardów moralnych, dbającej o środowisko itp. itd. To bardzo ważne, prawda? Jak to więc się dzieje, że Shell w Nigerii doprowadza do egzekucji protestujących przeciw jego działalności , że Nike domaga się od władz chińskich aresztowania bloggera, wypowiadającego się niekorzystnie o firmie, że termin greenwash ("pranie na zielono" oznaczający ekologiczne przedstawianie czegoś, co tak naprawdę jest czarne) stał się tak powszechny? Jak to możliwe, że nawet artykuł w czasopiśmie Manager, entuzjastycznie zachęcający do robienia interesów w Chinach, zamieszcza myśl "jeśli chcesz zrobić pieniądze, rób interesy w Chinach, jeśli chcesz zrobić pieniądze etycznie, NIE rób interesów w Chinach"? 

Warto zapoznać się z całością filmu "The Corporation" (do pobrania jest też wersja polska w formie pliku AVI z tłumaczeniem).

W większości firm wcale nie chodzi o to, żeby postępować etycznie, ale o to, żeby ludzie uważali, że firma etycznie postępuje. Nie przez przypadek w Polsce, w ¾ firm posiadających politykę CSR odpowiada dział Public Relations - specjaliści od wizerunku.

Klienci łapią się na ten lep. Zresztą nie jest to trudne. Jako produkty ekologiczne sprzedaje się "biodegradowalne" torby rozpadające się w środowisku na toksyczne związki, koszulki z "naturalnych" materiałów, w których surowiec zebrano na jednym kontynencie, przetworzono na drugim, uszyto na trzecim a sprzedano na czwartym i których odcisk węglowy zmiażdżyłby Pudziana. Można nawet polecieć na "ekowakacje", zwane tak dzięki temu, że domek jest z bambusa, lub recyklowane są papierowe ręczniki z łazienki. Odciskiem węglowym z tych wakacji można rozgnieść słonia. Ekologiczna terenówka? Proszę bardzo - pali to co prawda więcej od średniej unijnej, a jej produkcja wyrzuciła w powietrze 30 ton CO2. Kiedyś kolega rekomendował mi coś takiego ze świętym przekonaniem, że myśli ekologicznie. A jeśli komuś mało, może kupić ekologiczny piecyk węglowy, opalany rzecz jasna "ekowęglem". Firmy traktują ludzi jak idiotów, tyle, że jak się coś powtarza w kółko setki razy, to skołowani ludzie w końcu uznają to za prawdę.

Między tym, co mówią korporacje (i być może zatrudnieni w nich ludzie chcieliby jako ludzie zrobić) a tym, co faktycznie czynią jest często spora rozbieżność. Przykładowo, z jednej strony, zrzeszający setki amerykańskich firm US Climate Action Partnership (USCAP) ogłasza "Przez 15 lat zmniejszymy emisję CO2 o 10-30%, do 2050 o 60-80%". Doskonale, media to ogłaszają, uczestniczące w USCAP firmy wyzieleniają swój wizerunek. 

Niedługo później ukazuje się wypowiedź Center for Energy & Economic Development (CEED) mówiąca, że "plany redukcji emisji CO2 o 65% do 2050 są po prostu drakońskie" oraz reklamy telewizyjne US Chamber of Commerce (USCC) protestujące przeciw propozycjom regulacji emisji gazów cieplarnianych - bardzo spektakularne i biorące za serce - pokazują ludzi, którzy nie mają na benzynę, ogrzewania w zimie, a obiad grzeją sobie nad świeczką.
Niby nic dziwnego, różne organizacje mogą przecież zajmować różne stanowisko.

Tylko, że zarówno w CEED i USCC są to firmy, które należą również do USCAP! Do CEED należą np. General Motors, Caterpillar, ALCOA

Do USCC Chrysler, Deere, Dow Chemicals, Duke Energy, Pepsi, Siemens czy General Electric.

Ograniczenie konsumpcji, spadek sprzedaży domów na przedmieściach, samochodów, gadżetów, wycieczek turystycznych i podjęcie szeregu innych działań niezbędnych z punktu widzenia przeciwdziałania nadchodzącym kryzysom spotyka się z nieprzychylnym postrzeganiem przez biznes - w końcu zmniejszenie konsumpcji żywotnie uderzy w podstawy większości korporacji (może za wyjątkiem wciąż nielicznych producentów energii odnawialnej i audytorów efektywności energetycznej).

Z punktu widzenia biznesu, który w większości działa w oparciu o perspektywę kilkumiesięczną czy kilkuletnią, wprowadzenie regulacji ograniczających ich zyski to coś absolutnie nieakceptowanego. Na poziomie rządowym podejmuje się więc lobbing mający na celu wstrzymanie lub rozwodnienie przepisów, a na poziomie społecznym rozpoczyna akcje mające na celu zdezorientowanie opinii publicznej, chętnie zresztą nadstawiającej ucha na argumenty:

  • zmiany klimatu nie są spowodowane przez ludzi, a nawet jeśli są, to będą korzystne,
  • ropy jest jeszcze dużo, starczy na dziesięciolecia, nie trzeba ograniczać jej zużycia,
  • nie trzeba nic zmieniać, nic złego się nie dzieje,
  • wcale nie jesteśmy pewni, co właściwie się dzieje, pośpiech jest niewskazany, poczekajmy, zobaczymy...,
  • czy wreszcie otwarte postawienie sprawy  "Ratowanie Ziemi poprzez zmniejszenie emisji spalin nie jest najlepszym pomysłem, ponieważ to po prostu sporo kosztuje" (miesięcznik Manager, 2008).

A kiedy już widać, że zmiany nastąpią, korporacje działają jak ludzie "niech to dotknie kogoś innego". W oparciu o tą logikę przemysł lotniczy mówi, że "samoloty to tylko 3% światowych emisji, weźcie się za coś, co da prawdziwe efekty", i wskazuje na producentów samochodów, które odpowiadają za  20% emisji. Na to, zaniepokojone koncerny motoryzacyjne, zupełnie zgodnie z prawdą, mówią, że "Boeing 747 w ciągu 24h emituje tyle gazów cieplarnianych ile 250 aut przez rok i jest to najszybciej rosnące źródło emisji". Dodają też, że wprowadzenie podatków na spalanie paliw kopalnych np. na obszarze Unii zabije konkurencyjnie miejscowy przemysł, produkcja przeniesie się do Chin, a nawet jeśli nie, to przecież samochody w UE to nawet nie 3% światowej emisji, no i są dwa razy ekonomiczniejsze od amerykańskich. Wskazują przy tym palcem na energetykę, spalającą najwięcej paliw i zaznaczają, że ta branża ma olbrzymi potencjał modernizacji i redukcji spalania. Koncerny energetyczne patrzą krzywo i mówią zbudujemy elektrownie na Ukrainie, a do tego dodają "podniesiemy ludziom ceny prądu - chcecie tego?". Politycy nie chcą. Może więc cementownie, huty, szklarnie i papiernie? Ale każda z tych branży to nawet nie symboliczne 3%, a produkcja już teraz masowo przenosi się do Chin. Mamy przenieść tam nasze fabryki i pozwalniać tu ludzi - pytają przemysłowcy?

Nawet samo ograniczenie konsumpcji (konieczne do czasu zmiany źródeł energii i cyklu przemysłowego) jest sprzeczne z interesami finansowymi koncernów, które są gotowe wydać miliardy na powstrzymanie, a przynajmniej opóźnienie zmian. Tak, jak Exxon Mobile prowadzą lobbing polityczny, finansują "zaprzeczaczy", zakładają fikcyjne organizacje "pożytku publicznego", publikują materiały mające skonfudować opinię publiczną i przez długi czas może się to udawać.

Czytaj więcej w Sceptycy pl.

W firmach pracują ludzie, często świadomi i odpowiedzialni, którzy chcą realizować w praktyce programy CSR. Jest ich coraz więcej. Mogą zrobić wiele, ale skala problemu, przed jakim stoimy jest tak wielka, że realny efekt można osiągnąć tylko przy jednym, kluczowym, założeniu - firmom musi finansowo opłacać się być zielonymi i obniżać zużycie energii i surowców. To musi przynosić realne pieniądze. Zarówno od strony dostosowywania się do regulacji (tak, jak z redukcją emisji dwutlenku siarki), jak i od strony efektywności kosztowej.

Już dziś rosnące ceny paliw dotykają producentów samochodów - w obliczu kryzysu ludzie zaczynają oszczędzać, wstrzymują się z wydatkami w ogóle, a z zakupem samochodów w szczególności (Oil peak-świat bez ropy). Zyski spadają i zamieniają się w straty. W połowie 2008 roku wartość giełdowa General Motors spadła poniżej 6.5 mld dolarów - to o blisko trzy czwarte mniej niż wynosi wycena PKO BP! Coraz więcej mówi się w ogóle o bankructwie General Motors czy Chryslera . Wraz z rosnącymi kosztami paliw kopalnych i surowców redukcja ich zużycia konsekwentnie przesuwa się w górę tabeli priorytetów zarządów firm. Zmiany, napędzane przez pieniądze, już się rozpoczęły.

Zakłady Opla w Gliwicach zmniejszyły zapotrzebowanie na energię o 50% (poprawa efektywności przemysłowej), a koncern DuPont nawet o 72%, co przyniosło mu oszczędności wynoszące 1.5 miliarda dolarów. Ze względu na brak przyzwyczajeń do oszczędzania, wiedzy i kompetencji bardzo pomocna mogłaby być tutaj asysta organizacji specjalizujących się w optymalizacji zużywanych zasobów, mogących oszacować potencjał zmian, przekazać know how i wykonać te prace.

Świadomość i percepcja społeczna

Kwestia ta została szerzej opisana w osobnym rozdziale Społeczeństw - jacy jestesmy, tutaj więc tylko kilka słów wprowadzenia. Otaczający nas świat dla większości z nas jest całkiem przyjemnym miejscem. Żyjemy bezpiecznie, dostatnio i wygodnie. Nie zawracamy sobie głową problemami, które wybiegają poza najbliższy horyzont czasowy. W gniazdku jest prąd, na stacji benzynowej paliwo, a w supermarkecie jedzenie i gadżety. Jest OK. Tak zresztą było od dziesięcioleci, więc czemu mamy dziś coś zmieniać. Tak pewnie mówiono i na Wyspie Wielkanocnej tuż przed załamaniem się jej cywilizacji.

Konsumpcyjny, wysokoenergetyczny model społeczny, oparty na energii z paliw kopalnych, który powstawał kilkadziesiąt lat temu, obejmując dziesiątki milionów ludzi, nie stanowił problemu dla zasobów planety. Dziś obejmuje setki milionów ludzi i już stoimy na granicy możliwości Ziemi. A w kolejce do tego sposobu życia ustawiają się kolejne miliardy w Chinach, Indiach i innych biorących przykład z Zachodu krajach rozwijających się (Zużycie zasobów - kwestia skali).

Społeczeństwa nie dostrzegają powoli narastających kryzysów (Ignorowanie narastających kryzysów). I do głowy nam nie przyjdzie, że może być z tym problem - zmiany klimatu czy oil peak to dla nas problemy zbyt odległe, trudne i abstrakcyjne, których nie obserwujemy na co dzień i nie rozumiemy (Dlaczego nie rozumiemy). Nie chcemy zresztą zrozumieć. Zmiany zawsze są trudne, a jeśli już muszą nastąpić, to każdy chce, żeby go ominęły (Dlaczego NIE CHCEMY zrozumieć). Ludzie nie przyjmują do wiadomości, że działanie mogłoby ich cokolwiek kosztować. Pytani, czy należy zdywersyfikować źródła energii albo przeciwdziałać zmianom klimatu, odpowiadają, że "oczywiście tak". Kiedy jednak przychodzi do pytań o to, jakie środki z ich kieszeni należy na to przeznaczyć, załamują tylko ręce i na tym się kończy.

"Problem jest zbyt poważny, aby wystarczyły działania świadomych, szlachetnych jednostek, które w imię wspólnego dobra rezygnują z samochodu i oszczędzają energię. Konieczne są działania na szczeblu międzynarodowym".

Jack Straw, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, 2006

Co więc możemy zrobić - każdy z nas z osobna, jak i my jako społeczeństwo odpowiedzialne za otoczenie społeczne, w którym funkcjonujemy? Wskazówki można znaleźć w Społeczeństwo - którędy pójść.

Trudności w podjęciu działań przez polityków

Od polityków oczekujemy działań i świadomego kierowania. Uważamy często, że to nie nasza sprawa, że problemami powinni zająć się politycy. Ciekawe, że w sondażach odpowiadamy, że politykom nie ufamy i uważamy, że myślą przede wszystkim o swoich interesach.
Politycy podejmują decyzje mające dobrze wyglądać przed wyborcami i pozwalające im zapewnić sobie zwycięstwo w następnych wyborach. Sytuację dobrze obrazuje rysunek, na którym naukowcy analizują trendy i informacje naukowe, a politycy wyniki sondaży opinii społecznej.

Rys. Różnica między naukowcami, a politykami.

Naukowcy są przyzwyczajeni do zbierania i analizy informacji. Liczą się fakty, merytoryczne wypowiedzi i koncentracja na dobrze zdefiniowanych problemach. Dla polityka nie liczą się fakty, tylko ich postrzeganie przez ludzi i możliwość pozyskania ich poparcia. Słowa nie służą do formułowania merytorycznych i jasnych w przekazie wypowiedzi. Niepopularne działania, nawet nieodzowne w długim horyzoncie czasowym (takie jak reforma szkolnictwa, funduszy czy KRUSu) są wiecznie odkładane z nadzieją, że weźmie to na siebie kolejna ekipa.

Decentralizacja źródeł energii, utrata kontroli nad nimi przez koncerny i rządy jest przyjmowana z mieszanymi uczuciami. Rozpowszechnienie się zeroemisyjnych, ładowanych z gniazdka samochodów elektrycznych oznaczałoby dla rządów spadek wpływów z akcyzy. Prądu w gniazdku nie da się przecież opodatkować tak, jak benzyny, szczególnie, kiedy jest on produkowany np. z ogniw słonecznych na dachu. Krótkoterminowe interesy kolidują z długoterminowymi potrzebami. 

Jak ujął to Ronald Reagan, wybitny prezydent USA:

"Politycy myślą o następnej kadencji, a nie o następnych pokoleniach"

Ronald Reagan, prezydent USA

Aby problem doczekał się rzeczywistych działań, potrzebna jest albo presja opinii publicznej, której polityk zechce się przypodobać, albo szczególna świadomość klasy politycznej, której zresztą musi towarzyszyć co najmniej neutralność wyborców.

Są też politycy, którzy, możliwe, że w dobrej wierze, głoszą, że obecny kurs jest słuszny, nie trzeba podejmować jakichś szczególnych działań, a problem sam się rozwiąże. Vaclav Klaus, prezydent Czech, uważa na przykład, że:

  • niewielkie zmiany klimatu nie wymagają daleko idących działań,
  • trzeba unikać wszelkich ograniczeń wolności i demokracji,
  • zamiast odgórnie organizować życie ludziom, trzeba pozwolić żyć każdemu tak, jak chce,
  • trzeba się sprzeciwić upolitycznianiu nauki i sprzeciwiać się określeniu "naukowy konsensus", który jest zawsze osiągany przez hałaśliwą mniejszość, a nie milczącą większość,
  • zamiast mówić o "środowisku", pozwólcie każdemu troszczyć się o nie swoim osobistym zachowaniem,
  • bądźmy ufni w spontaniczną ewolucję społeczeństwa. Zaufajmy jego racjonalności i nie próbujmy go spowalniać lub kierować na inne tory,
  • nie straszmy się katastroficznymi prognozami, ani nie używajmy ich do obrony i promowania nieracjonalnych interwencji w życie ludzi.

Vaclav Klaus, prezydent Czech, 2007

Czytaj więcej - cały artykuł "Zagrożona jest wolność, a nie klimat" ang.

Ciekawe, czy duchy Wyspy Wielkanocnej słuchają zadziwione, czy też złośliwie chichoczą nad tym, jak zagrożony jest zdrowy rozsądek, a nie wolność.

Wyobraźmy sobie, że gdzieś w kraju trzeciego świata wypożyczyliśmy auto. Jedziemy całym gazem wąską górską drogą miedzy skałami a przepaścią. Przeczuwamy, że coś może być nie tak... W kierownicy wyczuwamy luzy, koło telepie, hamulce reagują jakby dziwnie... Co zrobiłby normalny, rozsądny człowiek? Zatrzymał się, wysiadł, pomyślał, że może ta jazda wcale nie jest bezpieczna. Pewnie zjechałby do warsztatu albo zrezygnował z tego auta. Każdy, nawet "inteligentny inaczej" tak by postąpił, no, chyba, że miałby skłonności samobójcze. Prawda?

A taki polityk? Jeśli byłby konsekwentny, to stwierdziłby, że wcale nie jest pewien, że coś jest nie tak z samochodem, że w sumie to pewnie nic poważnego się nie dzieje, a zjazd na przegląd do warsztatu byłby czasochłonny i trzeba by za to zapłacić. Więc dopóki nie będzie pewności, że jest naprawdę źle - nie zamierza nic z tym robić. A że faktycznie jest problem zauważy dopiero, kiedy będzie już spadał w przepaść. Ale wtedy będzie za późno... Politycy to wybrani przez nas kierowcy autobusu. A to my jedziemy tym autobusem...
Jak na razie właśnie tak to wygląda... Zatrzymaliśmy się może i myślimy? Skądże! Dociskamy pedał gazu i pędzimy tą górską drogą...

Cóż... Socjologia społeczna już dawno temu podsumowała jak ma się inteligencja tłumu w stosunku do inteligencji wchodzących w jego skład osób - szczególnie, kiedy na czele tego tłumu stoją politycy...

Polskie badania opinii publicznej dotyczące świadomości ekologicznej czy kwestii bezpieczeństwa energetycznego wykazują, że jest ona słabiutka. I nie dotyczy to jedynie ekipy spod budki z piwem...Także świadomość naszej klasy politycznej, oględnie mówiąc, pozostawia sporo do życzenia. Nasi politycy zachowują się tak, jakbyśmy żyli na innej planecie i wszystko to nas w ogóle nie dotyczyło. Trafnie ujął to Tomasz Lis, mówiąc:

"Polska polityka jest klaustrofobiczna i skutecznie pomija tematy, którymi teraz żyje cały świat. A przecież na życie Polaka za 10-20 lat sprawa globalnego ocieplenia będzie miała większy wpływ niż lustracja czy dekomunizacja, która jest obsesją naszych polityków.
Tomasz Lis

Nic dodać, nic ująć...

Nasi politycy twierdzą, że Polska, która od 1990 roku zmniejszyła emisję dwutlenku węgla z przemysłu i energetyki o 30% jest liderem w walce z emisją gazów cieplarnianych. Z całym szacunkiem do polityków, ale to obniżenie emisji jest zasługą upadku odziedziczonego po epoce komunizmu przemysłu ciężkiego, a nie proekologicznych działań rządów czy świadomych obywateli.

Podobnie w kwestii bezpieczeństwa energetycznego. Polska jest w fatalnej sytuacji. Żyjemy w przeświadczeniu, że nasz węgiel zapewnia nam bezpieczeństwo energetyczne. Abstrahując przez chwilę od kwestii emisji CO2 z tego najbrudniejszego (może za wyjątkiem niekonwencjonalnych źródeł ropy) paliwa, stoimy przed bardzo poważnym problemem. Importujemy prawie 100% ropy i 2/3 gazu. Węgiel może zasilać elektrownie, ale bez skomplikowanych instalacji (których nie posiadamy) nie jest w stanie zastąpić paliw płynnych w transporcie. A poza tym, co może zaskoczyć, nasze wydobycie węgla nie zaspokaja potrzeb, w związku z czym Polska importuje węgiel z zagranicy. Spada wydajność kopalni (w samym 2007 roku o 8.5%), rosną za to koszty wydobycia.

Rezerwy mocy elektrowni zbliżają się do zera - chłodniejsza zima i system siada - energii nie wystarczy dla wszystkich. Infrastruktura energetyczna jest stara i zdekapitalizowana, zarówno elektrownie, jak i system przesyłowy - tylko patrzeć, kiedy zaczną się sypać. Nie mamy znaczących połączeń energetycznych z sąsiadami, umożliwiających import prądu, a przez granice możemy importować raptem 1-2 GW prądu (ze zużywanych 30).
Jak do tego doprowadziliśmy? Od czasów komunistycznych nie inwestowaliśmy w infrastrukturę. Branżą rządzą politycy pod dyktando zadomowionych u nieefektywnych monopolistów związków zawodowych. W związku z tym „bezpieczeństwo energetyczne” to stan, w którym związki zawodowe są zadowolone i nie grożą strajkiem. Turbiny i linie przesyłowe przecież nie zastrajkują, prawda? A co, jeśli jednak odmówią posłuszeństwa?

W przypadku Polski za największy pozytyw można uznać naszą przynależność do Unii Europejskiej, która ze wszystkich znaczących graczy światowych ma najrozsądniejsze podejście do kwestii zmian klimatu, a w dużym stopniu także do bezpieczeństwa energetycznego.

Przykład zdrowego rozsądku można znaleźć po sąsiedzku, u naszego północnego sąsiada - Szwecji ang.

W roku 2005 rząd Szwecji ogłosił zamiar uczynienia ze Szwecji pierwszego kraju, który skończy z uzależnieniem od paliw kopalnych. Ogłaszając tą decyzję, rząd przedstawił cztery jej powody:
•    Wpływ cen ropy na szwedzki rozwój gospodarczy i zatrudnienie.
•    Powiązanie pomiędzy ropą, pokojem i bezpieczeństwem na świecie.
•    Wielki potencjał Szwecji w zakresie wykorzystania zasobów odnawialnych zamiast ropy.
•    Zagrożenie zmianami klimatu wynikającymi z powszechnego spalania paliw kopalnych.
Do roku 2020 emisja gazów cieplarnianych powinna spaść do 62% poziomu z roku 1990, do roku 2050 do 10-25%, a do końca wieku, praktycznie do zera. Traktując priorytetowo szybką realizację celów, na rok 2020 przewidziano:
•    Spadek zużycia ropy w transporcie o 40-50%.
•    Spadek zużycia ropy w przemyśle o 25-40%.
•    Ogrzewanie budynków ropą, praktyka już zredukowana o 70% od czasów kryzysu naftowego 1973 roku, powinno zostać wyeliminowane.
•    Sumaryczna efektywność zużycia ropy powinna wzrosnąć o 20%.

Zastąpienie ropy odnawialnymi źródłami energii i kroki mające na celu jej oszczędzanie uznano za działania priorytetowe. Ich wynikiem będzie też spadek emisji dwutlenku węgla, wzmocnienie roli kraju w zorientowanych na rozwój zrównoważony technologiach, a także wzrost konkurencyjności gospodarki na rynkach światowych.

Może powinniśmy brać przykład?

Partykularne interesy krajów i brak konsensusu międzynarodowego 

Problem emisji gazów cieplarnianych, zużycia paliw kopalnych i kryzys żywnościowy mają charakter globalny i najlepiej byłoby je rozwiązywać na tym poziomie. Redukcja zużycia paliw kopalnych w jednym kraju czy rejonie, nawet radykalna, nie rozwiąże problemu. Jak policzyli Brytyjczycy - gdyby nawet od razu wyłączyli wszystkie elektrownie w całym kraju, to same Chiny w ciągu jednego roku zwiększą swoją emisję nawet o większe ilości dwutlenku węgla.

Strony spotykają się więc na negocjacjach i przedstawiają swoje stanowiska.
Zaczynają Amerykanin, Europejczyk, Australijczyk, Rosjanin i Japończyk:
"Przed ponad 30 laty Chiny były odpowiedzialne za zaledwie 5.7% emisji CO2, dziś blisko 20%. To jasno pokazuje, gdzie należy szukać winnych obecnego kryzysu!" (cytat z jak najbardziej poważnego artykułu z czasopisma Manager).

Faktycznie, jak przyjrzeć się emisjom, widać, że w krajach uprzemysłowionych przestały rosnąć lub rosną dość powoli, za to błyskawicznie wzrasta emisja w Chinach, Indiach i innych krajach rozwijających się. W roku 2007 Chiny przegoniły pod względem emisji USA i wyszły na prowadzenie w tym wątpliwie prestiżowym rankingu.

Rys. Zmiany emisji dwutlenku węgla (w jednostkach węgla, aby przeliczyć na CO2, należy wartości przemnożyć przez 3,66)

Na to podnosi się aż żółty ze złości Chińczyk, a za nim Hindus. Razem reprezentują dwa razy większą liczbę ludności niż poprzednicy i mówią:
"Przez pokolenia to wy swoją emisją doprowadziliście Ziemię na krawędź katastrofy, a teraz, kiedy i my możemy korzystać z wygody samochodów i klimatyzacji, mówicie, że tak być nie może i mamy się ograniczać. Wy już swoje wyemitowaliście – w USA od 1900 roku wyrzuciliście do atmosfery ponad 1050 ton/osobę, w Chinach 68 ton a w Indiach tylko 25 ton! My dziś emitujemy na osobę 1-2.5 tony CO2 rocznie, wy 10-25 ton. Zejdźcie do naszego poziomu, stać was na to".
Faktycznie, szczera prawda.

Rys. Roczna emisja dwutlenku węgla w tonach na osobę.

Głos zabierają teraz przedstawiciele Afryki i koralowych wysp Oceanii i łamiącym się głosem mówią:
"Kłócicie się bez końca, a my, biedni i bez winy, cierpimy najbardziej!"

I kto ma rację? Jak Protokół z Kyoto, funkcjonujący obecnie jako główny światowy mechanizm ograniczający emisję gazów cieplarnianych, jest właśnie rezultatem polityki "zróbmy tak, żeby nikogo nie zabolało, a jednocześnie, żeby to dobrze wyglądało w mediach". I tak zrobiono, w wyniku czego protokół z Kyoto można co najwyżej określić jako próbę wyleczenia raka aspiryną.

Protokół kładł ciężar redukcji emisji na barki 36 najbardziej uprzemysłowionych krajów świata. W myśl dokumentu do 2012 roku powinny one ograniczyć emisję gazów cieplarnianych o 5% względem poziomu z roku 1990. Pozostałe 130 krajów, które podpisały protokół, zostały spod tego obowiązku wyłączone. Uznano bowiem, że kraje rozwijające się muszą mieć możliwość nadrabiania dystansu do Zachodu i Japonii. Na podstawie Protokołu z Kyoto 15 krajów "starej" unii do 2012 roku powinno ograniczyć emisję CO2 o 8% względem poziomu z 1990 rok.

W skali światowej wpływ działań związanych z wdrożeniem zaleceń Protokołu z Kyoto (a jest on dobrowolny i nie przewiduje żadnych sankcji za naruszanie limitów emisji) na globalną emisję dwutlenku węgla jest właściwie symboliczny. Spod porozumienia wyłączono Chiny i Indie, które szybko zwiększają ilość wyrzucanego do atmosfery CO2, odpowiadając już za 25% światowej emisji. Nie podpisały go też Stany Zjednoczone, doganiane w produkcji przemysłowej przez Chiny, nie zamierzając wprowadzać u siebie ograniczeń, dopóki nie zrobią tego Chiny.

A jak z rezultatami? Wielka Brytania podaje, że ograniczyła emisję o 12% względem poziomu z roku 1990. Przy średniej światowej 5 ton CO2/osobę rocznie bogata Szwajcaria z emisją 6 ton CO2/osobę wygląda jak gwiazda. Jak im się to udało, przecież nawet w Polsce mamy już 11 ton CO2/osobę rocznie.

Odpowiedź brzmi - wcale im się nie udało - na Wielką Brytanię tak naprawdę przypada WZROST emisji o 20%, a emisja Szwajcarii wynosi ponad 10 ton CO2/osobę rocznie.
Jak to możliwe? Zacznijmy od Szwajcarii - energia elektryczna jest sprowadzana do kraju z zagranicy, a produkty przemysłowe są importowane. Emisje są więc poza granicami kraju i wliczają się do puli krajów produkujących elektryczność i towary. Wielka Brytania podobnie - kopalnie, huty, stalownie i zakłady przemysłowe zostały pozamykane, a produkcja przeniosła się do Chin i innych tanich krajów. Dopiero, jak w rachunkach uwzględni się emisje "sprowadzane" do kraju w postaci towarów i energii, otrzymuje się prawdziwy obraz sytuacji. Mechanizm przenoszenia produkcji do krajów o niższych kosztach produkcji, wyłączonych spod protokołu z Kyoto, nie posiadających systemu emerytalnego i ubezpieczeniowego, opieki zdrowotnej, praw pracowniczych i standardów ekologicznych skutecznie powoduje pozorne malenie emisji mieszkańców krajów uprzemysłowionych. Za to w Chinach emisja mieszkańca jest pozornie wyższa o 70%, gdyż chińskie elektrownie i fabryki produkują na rzecz konsumentów w Stanach, Europie, Japonii i innych krajach uprzemysłowionych.

Bardzo wygodny dla wszystkich układ, szkoda, że katastrofalny z punktu widzenia klimatu. A także efektywności energetycznej i emisji CO2. Towary nie tylko jeżdżą, latają i pływają przez pół globu, ale też są produkowane nieefektywnie, a energia jest produkowana z węgla w niewydajnych elektrowniach. 

Prawdą jest, że jeśli chcemy ustabilizować emisję CO2 na obecnym poziomie (co i tak będzie prowadzić do dwukrotnego wzrostu jego koncentracji), to kraje rozwinięte muszą ograniczyć emisję, aby "zaoszczędzone" w ten sposób limity mogły zostać wykorzystane przez kraje rozwijające się. W każdym scenariuszu kraje bogate powinny udostępniać krajom rozwijającym się "czyste", nie zwiększające emisji gazów cieplarnianych technologie, oraz stymulować je do zrównoważonego rozwoju.

Kraje uprzemysłowione - Ameryka, Europa, Japonia czy Australia wyznaczają dla reszty świata standardy w sposobie życia, gospodarce, zużyciu energii. Stanowią wzorzec dla krajów rozwijających, które je naśladują. Mieszkańcy krajów rozwijających, którzy tylko mogą sobie na to pozwolić, od Dubaju po Chiny, przechodzą z "niskoemisyjnego" sposobu życia na wzorce "wysokoenergetyczne" - wsiadają do samochodów, chcą latać samolotami na wakacje, budują betonowe drogi, domy i galerie handlowe oraz elektrownie do ich zasilania... Jeśli miliardy ludzi w krajach rozwiniętych osiągnie "sukces" ekonomiczny mierzony zużyciem paliwa takim, jak w USA - z emisją ponad 20 ton dwutlenku węgla na osobę, to w 2050 ludzkość będzie emitowała ponad pięciokrotnie więcej dwutlenku węgla niż obecnie - sto kilkadziesiąt miliardów ton (ekwiwalent 43 miliardów ton węgla). Pomijając już wyczerpanie zasobów paliw kopalnych i wynikające stąd załamanie opartej o nie ekonomii, emisja taka oznaczałaby wprost niewyobrażalną katastrofę dla klimatu planety.
Kraje uprzemysłowione, świadome konsekwencji tego trendu i przykładu, jaki dają, powinny jak najszybciej odejść od obecnego modelu życia, upowszechniając energooszczędne technologie i promując podobne procesy w krajach rozwijających się. 

Pojawiają się pozytywne sygnały.
Nadzieję daje postawa Unii Europejskiej. Unia podkreśla fakt, że zmiany klimatu stały się rzeczywistością i aby je ograniczyć należy podjąć natychmiastowe działania. UE musi wykorzystać niezbędne środki i dołożyć starań na arenie międzynarodowej w celu zagwarantowania, że wzrost średniej globalnej temperatury nie przekroczy poziomu sprzed okresu uprzemysłowienia o więcej niż 2°C.

W Australii pierwszą decyzją, obejmującego w grudniu 2007 roku urząd premiera Kevina Rudd, było podpisanie protokołu z Kyoto, co pozostawiło USA, rządzone przez związanego z lobby naftowym prezydenta Busha, jako jedyny kraj uprzemysłowiony, który tego nie uczynił.

Także w USA pojawiła się silna oddolna presja społeczna . Z braku centralnej polityki względem emisji gazów cieplarnianych w USA i bezczynności władz federalnych, kilkanaście stanów, idąc śladem Kalifornii przygotowuje i wdraża własne regulacje.

Czytaj więcej: Co nowego w dziedzinie zmian klimatu w USA ang .

Wiele wskazuje na to, że nowy rząd USA po odejściu związanej z lobby naftowym administracji Busha, diametralnie zmieni podejście w tym zakresie.

"Nie widzę sensu systemu podatkowego, który zachęca do marnowania ograniczonych zasobów. Empiryczne doświadczenia niezaprzeczalnie wspierają mechanizmy cenowe jako narzędzie oszczędzania".

Barack Obama, prezydent USA, 2008

Na działania w tym kierunku naciska również Japonia.

"Najwyższy czas, by radykalnie zmienić nasz sposób życia w sposób bardziej przyjazny Ziemi i stać się społeczeństwem żyjącym w zgodzie z zasadami zrównoważonego rozwoju".

Yasuo Fukuda - premier Japonii, 2007

Coraz więcej rządów dostrzega problemy. Jest szansa, że dzięki temu zdążymy.

Postawę Polski chwilowo pomińmy milczeniem. Faktem jest, że oparta w ponad 90% na węglu polska energetyka jest wyjątkowo wysokoemisyjna. Na każdą kilowatogodzinę elektryczności wytworzonej w Polsce przypada kilogram CO2 wyrzuconego do atmosfery, podczas gdy na przykład we Francji czy Szwecji, gdzie energię produkują elektrownie jądrowe lub turbiny wodne, emisja dwutlenku węgla z kilowatogodziny wynosi kilka dekagramów.

Wprowadzenie ceny na spalanie paliw kopalnych, a szczególnie emisję dwutlenku węgla jest dla Polski dużym kosztem. Oznacza wzrost ceny energii, szczególnie w sytuacji konieczności kupowania całości uprawnień do emisji. Wykorzystują to wszyscy zainteresowani zablokowaniem zmian. W prasie pojawiają się artykuły pod spektakularnymi tytułami, np. "Ceny energii w Polsce zagrożone" pl.

Polska będąc krajem uboższym od średniej unijnej i obarczonej wysokoemisyjną energetyką rzeczywiście powinna liczyć na wsparcie krajów bogatszych i dysponujących czystszymi źródłami energii. Można to porównać do prowadzonej przez Unię polityki spójności, wyrównującej szanse słabiej rozwiniętych obszarów Unii. Komisja Europejska zgadza się zresztą z tym punktem widzenia - według ustaleń Polska ma dostać 1 mld euro rocznie z zysków z licytacji w bogatszych krajach członkowskich. Polskie państwo ma zaś samo uzyskać 3 mld euro rocznie z obrotu zezwoleniami. Prawdopodobnie możliwe byłoby też uzyskanie od Unii innych kompensat, np. środków na budowę szybkiej kolei, dopłat do termomodernizacji budynków, poprawy efektywności energetycznej fabryk lub wsparcia finansowego w obszarze odnawialnych źródeł energii.

"Niezbędna współpraca międzynarodowa, świadomość i solidarność objawiają się jedynie w obliczu wielkiej katastrofy"

J. Porritt, rząd brytyjski

Mamy więc wiele barier - bariery finansowe i interesy przemysłu, brak świadomości społecznej, krótkowzroczność polityków i ich uzależnienie od nacisków różnych lobby oraz niesprzyjającą porozumieniu sytuację międzynarodową. Co więc można zrobić, żebyśmy jako ludzie wybrali lepszą przyszłość?

Elektrownie i fabryki wyrzucają do atmosfery dwutlenek siarki, dwutlenek węgla i tlenki azotu. Zanieczyszczenia te przedostają się dalej do gleb i wód. Jaki jest najprostrzy sposób ich ograniczenia? Przeczytaj: Cena powietrza, redukcja emisji SO2.

Wykonanie PONG, grafika GFX RedFrosch.



logowanie | nowe konto