Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone – kilka pytań o suszę w Polsce

Susza nie jest zjawiskiem nowym, jednak w ostatnich latach występuje coraz częściej. Działając proaktywnie, można ograniczyć jej skutki. Kluczem do zniwelowania skutków suszy jest przede wszystkim wzmacnianie całego systemu przyrodniczego. Dziś wywiad o suszy i zapobieganiu jej, przeprowadzony przez współpracującego z Ziemią na Rozdrożu Radosława Zywerta z prof. Zbigniewem Karaczunem.

Dr hab. inż. Zbigniew Karaczun jest profesorem w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, gdzie kieruje specjalizacją Zarządzanie i Technologie zrównoważonego rozwoju na Międzywydziałowym Studium Ochrony Środowiska. Jest także ekspertem Koalicji Klimatycznej i stałym współpracownikiem Instytutu na rzecz Ekorozwoju, prowadzi wraz z nim badania dotyczące polityki ochrony powietrza i klimatu oraz integracji polityki ekologicznej i rolnej.

RZ: W ostatnich miesiącach obserwujemy w środkach masowego przekazu wysyp informacji dotyczących suszy w Polsce. Wiele osób łączy suszę z postępującym procesem zmian klimatu. Są i tacy, którzy mówią, że susze towarzyszą ludzkości od tysięcy lat i nie ma to nic wspólnego z obecną sytuacją klimatyczną. Jaka jest prawda?

ZK: To nie jest tak, że tegoroczna susza sama w sobie jest dowodem na zmianę klimatu. Susze występowały od zawsze i będą występować także w przyszłości. Susza jest zjawiskiem naturalnym, wywołanym naturalną fluktuacją przebiegu warunków meteorologicznych. Jeśli już mielibyśmy doszukiwać się w niej potwierdzenia zachodzącej zmiany klimatu, to nie w tym czy ona występuje, czy nie, a nawet nie w tym jak jest dotkliwa. Natomiast wzrost częstości jej występowania, trend w tym zakresie, może być już powodowany antropogeniczną zmianą klimatu. O ile bowiem w połowie poprzedniego wieku susza występowała co 5 lat, a w latach 1980 – 2011 co 2 lata, to od 2013 roku mamy permanentną suszę letnią. Ten trend jest najbardziej niepokojący.

I jeszcze jedna uwaga. Często w mediach pojawia się informacja, że susza jest spowodowana tym, że w Polsce są małe zasoby wody. To prawda. Opady w Polsce nie są duże, to średnio 500 – 600 mm rocznie, najwięcej w górach oraz na północy kraju, najmniej w jego centrum. Ale wielkość opadów nie zmienia się, jest od stuleci podobna. I w normalnych warunkach tej wody nam zawsze wystarczało. Problemy zaczęły się w drugiej połowie XX wieku, kiedy na masową skalę rozpoczęliśmy w Polsce stosować melioracje odwadniające. W efekcie woda zamiast zasilać system przyrodniczy zaczęła błyskawicznie odpływać do Bałtyku. Szkodliwość tych praktyk stała się ewidentna w obliczu postępującego wzrostu temperatury i związanego z tym przyspieszonego parowania. Dlatego za to, że problem suszy staje się w Polsce coraz groźniejszy odpowiadają dwa zjawiska: skutki spowodowanej działalnością człowieka zmiany klimatu oraz niewłaściwie prowadzona gospodarka wodą w Polsce.

RZ: Badania nad zachodzącymi zmianami klimatu i towarzyszącej im coraz częściej suszy w Polsce pokazują, że roczna suma opadów w Polsce w zasadzie niewiele się zmienia. Zmienia się jednak rozkład i charakter opadów. W miesiącach ciepłych opady występują rzadziej, a kiedy już się pojawią, to mają zwykle charakter intensywny lub wręcz nawalny. Z kolei w okresie zimnym opadów jest nawet nieco więcej, jednak coraz rzadziej występują one w postaci śniegu. A opady deszczu zimą nie są już tak korzystne dla ekosystemu jak opady śniegu.

Szukając sposobów łagodzenia jej skutków jak mantrę powtarza się, że należy gromadzić i wykorzystywać wodę deszczową. Spójrzmy na to z perspektywy właściciela domu z ogrodem. Zbieranie wody deszczowej, aby ją potem wykorzystać do podlewania jest jak najbardziej wskazane. Ale skoro takich miesięcy jak kwiecień 2020 (jeśli chodzi o opady) może być w Polsce coraz więcej, to nastawienie się na zbieranie i wykorzystanie deszczówki wiosną, latem i jesienią na bieżące potrzeby będzie skazane na niepowodzenie, bo… tej wody po prostu nie będzie. Cóż z tego, że podstawimy pod każdą rynnę zbiornik na deszczówkę, skoro nie spadnie deszcz. Może powinniśmy się więc nastawić na zbieranie deszczówki przede wszystkim wtedy, gdy deszcz faktycznie pada, tj. w okresie zimowym? Problem polega na tym, że w tym okresie nie wykorzystujemy na bieżąco tej wody. Właściciele ogrodów, ale i inni mieszkańcy chcący iść z duchem czasu, powinni się więc chyba nastawić na zakup i montaż bardzo dużych zbiorników, które zmagazynują deszczówkę zimą w takiej ilości, aby można ją było wykorzystać w porze letniej? Dla tak zgromadzonego zapasu deszczówki opady okresie wiosna-lato-jesień byłyby jego uzupełnieniem, a nie podstawą.

ZK: Rzeczywiście jest tak, że jak nie pada, to nie ma jak zbierać wody i możliwości działania są bardzo ograniczone. Dlatego wodę opadową trzeba magazynować wtedy, kiedy opady występują. Oczywiście, zapewne nie uda się wybudować tak wielkich zbiorników, żeby zebrać tyle wody, że wystarczy na każdą suszę. Ale nawet niewielkie jej ilości mogą łagodzić skutki suszy, bo przynajmniej przez pewien czas mamy zapas wody, a ponadto łapiemy i magazynujemy ją zawsze wtedy, kiedy spada.

I tu pojawia się to, czego domaga się w Polsce znaczna grupa naukowców i przyrodników – przywrócenia polskiej przyrodzie zdolności retencyjnych. Niestety po 1945 roku dość skutecznie te naturalne zdolności retencyjne w naszym kraju zniszczyliśmy, przede wszystkim masowo rozwijając melioracje osuszające, których zadaniem jest jak najszybsze odprowadzenie wody z miejsc w których spadła – do Bałtyku. Co gorsza, działania w tym zakresie prowadzone są w różnych regionach naszego kraju także obecnie. Wzmacnia to narażenie Polski na suszę. A jednocześnie, aby się przed nią chronić, chcemy rozwijać retencję sztuczną. To poważna niekonsekwencja.

Naturalna potencjalna zdolność retencyjna systemu przyrodniczego w naszym kraju jest bardzo duża. W torfowiskach można jej zatrzymać ponad 35 mld m3, lasy zatrzymują ponad 12 mld m3, retencja gruntowa to od 0,5 do 1 mld m3 wody (dla porównania – retencja zbiornikowa w Polsce to około 3,6 mld m3). Woda naturalnie zatrzymana w systemie przyrodniczym spełnia wiele ważnych funkcji: reguluje stosunki wodne na dużym obszarze, ogranicza negatywny wpływ suszy na lasy, łąki i pola uprawne. W przypadku niektórych naturalnych metod – np. magazynowania wody w oczkach wodnych, stawach śródpolnych itp., tę zmagazynowaną wodę można wykorzystać gospodarczo – np. do zasilania w nią sąsiadujących terenów.

Ponadto można (i trzeba) zatrzymywać wodę w rowach melioracyjnych; można (i trzeba) odzyskiwać dla retencji obszary podmokle i tam podnosić poziom wody, żeby była tam ona magazynowana. Obszary takie mogą zbierać i magazynować wodę w długiej perspektywie czasowej, a wykorzystywana powinna być wtedy, gdy nie ma opadów i wody zaczyna nam brakować. Retencję sztuczną – małe zbiorniki wodne – można (i trzeba) będzie budować tam, gdzie nie ma naturalnych możliwości zmagazynowania wody. Ale to powinny być zbiorniki na potrzebę jednej wsi, a maksymalnie jednej gminy. I powinny być robione w taki sposób, aby nie powodowały nadmiernej presji na środowisko. Tak tworzony system retencyjny będzie stosunkowo odporny na susze i nawet kilkutygodniowy brak opadów nie będzie stanowił poważnego problemu dla polskiej przyrody i gospodarki.

RZ: Wspomniał Pan o budowie małych zbiorników retencyjnych. W tym miejscu na usta ciśnie się pytanie – dlaczego decydenci w Polsce w ostatnich kilkunastu latach tak uparcie forsują budowę dużych zbiorników, skoro wielu naukowców i organizacji wokoło mówi, że to błąd i wskazują, że należy pójść przede wszystkim w kierunku małej retencji? Czy mają w tym jakiś swój interes? A może po prostu jedna duża inwestycja (np. budowa zbiornika retencyjnego na dużej rzece) jest bardziej spektakularna i medialna niż kilkadziesiąt mniejszych przedsięwzięć typu „zbudowanie zastawek na rowach melioracyjnych”?

ZK: W moim przekonaniu ta diagnoza jest ze wszech miar właściwa. Jak robimy wielką inwestycje, to trzeba zamówić projekt, później zatrudnić nadzór budowlany, wykonawców, zamówić ogromne ilości betonu i stali. Wiele osób i firm się na tym pożywi. Pamiętacie może film „Miś” Barei i wyjaśnienie, że nie trzeba przy produkcji misia robić żadnych przekrętów, ale wystarczy, że będzie się maksymalizować jego koszty „bo MY, konsultanci, będziemy mieli 10% od kosztów inwestycji”?. A i politycy kochają wielkie inwestycje, bo w mogą przed kamerami przeciąć wstęgę, pochwalić się jak bardzo dbają o swoich wyborców i jakie piękne inwestycje pod ich czujnym okiem rosną. A, że są to działania zupełnie nieskuteczne, a nieraz wręcz przeciwskuteczne (duże zbiorniki wodne wymagają regulacji rzek, co powoduje, że spada ich naturalny potencjał retencyjny i często wielkość tego spadku jest większa niż ilość wody magazynowana w zbiorniku…). Kto by się tym przejmował…

Drugim powodem jest nasza pycha, przekonanie, że tylko człowiek może dokonać czegoś wspaniałego, a to co dzieje się w sposób naturalny nie zasługuje na uwagę i na podziw. Ilu z nas zachwyca się ogrodami zaprojektowanymi przez architektów krajobrazu, a nie dostrzega piękna w dzikiej przyrodzie. Ja to obserwuję na co dzień, mieszkając w niewielkiej miejscowości pod Warszawą. Ludzie chcą tu kupować działki, bo taka piękna przyroda, tyle dębów i dzikiej przyrody. A co robią, jak już kupią działkę i wybudują dom? Wycinają wszystkie drzewa liściaste (bo brudzą jesienią zrzucając liście), betonują podjazdy, karczują pozostałości dzikiej przyrody i zakładają trawniki, które później trzy razy w tygodniu koszą i obficie podlewają wodą pitną. I wiele z tych osób nie dostrzega w swoim postępowaniu nic złego. Bo przecież kochają przyrodę. Dlatego przeprowadzili się tu z Warszawy. Dlatego jeżdżą na bio-bazar i kupują żywność tylko ekologiczną. Niestety, brak nam wiedzy, zrozumienia powiązań i wrażliwości na przyrodę….

To, o czym tu opowiadam, ma też wpływ na zagrożenie suszą. Bo wycinanie drzew, zadrzewień i lasów, które są także naturalnymi zbiornikami retencji wody, prowadzi do większej wrażliwości systemu na deficyt wody. Betonując powierzchnie biologicznie czynną powodujemy, że woda, zamiast wnikać w glebę i zasilać lokalne zasoby wód gruntowych, jest odprowadzana do systemu kanalizacji, później do rzeki i dalej do Bałtyku. I w ten sposób bezpowrotnie tracimy ją dla naszej przyrody.

RZ: Może w tej sytuacji warto wystosować wspólny apel do polskiego rządu, pod którym podpisze się środowisko naukowe i największe polskie organizacje ekologiczne, wskazując w nim jasny i konkretny sposób działania, które należy podjąć, aby przeciwstawić się suszy? Obecnie te głosy dochodzą z wielu źródeł, a przecież „w jedności siła”.

ZK: Jak wcześniej zauważyłem, dyskusja między przyrodnikami a inżynierami hydrologami trwa od wielu lat. Kilka razy w dyskusji musiałem używać argumentu, że też jestem inżynierem, a moje przekonanie, że przyroda lepiej ochroni nas przed suszą niż technologia nie jest wyrazem pięknoduchostwa, ale – przepraszam, że to powiem – głębokiej wiedzy o tym, jak funkcjonuje system przyrodniczy. I że lepiej sobie on radzi z zarządzaniem zasobami wody niż systemy zbudowane przez człowieka.

Problem z suszą – podobnie jak z większością zagadnień ochrony środowiska – jest też taki, że horyzont czasowy ochrony środowiska i polityki kompletnie się rozmijają. Jeśli polityk podejmuje złe decyzje dziś, to ich skutki pojawią się za 10 – 15 lat, kiedy odpowiadać będzie za to zupełnie inna osoba. Więc decydent nie ma obaw, że złe decyzje sprowadzą na niego kłopoty. Wie za to, że jak cos wybuduje, wyleje trochę betonu czy asfaltu, wytnie las i postawi osiedle – to dla wielu osób będzie to dowodem jego aktywności. Mało kto będzie się zastanawiał, czy to na pewno było potrzebne. To tak, jak z wyborami samorządowym – kiedy się zbliżają, to nagle w każdej gminie w Polsce zaczynają remontować drogi i kłaść chodniki. Czy trzeba, czy nie trzeba….Ale w trakcie kampanii będzie się można pochwalić. „Zobaczcie: wybetonowałem taki fragment gminy”, mówią. A dla ilu wyborców ważne jest to, że się ochroniło fragment lasu przed wycięciem..?

Dlatego betonowanie polskich rzek i budowa z nich „autostrad wodnych”, czy przekopanie Mierzei Wiślanej nie spowoduje od razu katastrofy ekologicznej. Tak jak od razu nie wywołało jej lex Szyszko, w wyniku którego w Polsce wycięto kilkanaście milionów drzew. Ale po kilku latach zaczynamy za to płacić. Jednym z efektów są np. burze piaskowe, które coraz częściej w Polsce występują. Wielkie pola pozbawione zadrzewień stają się, szczególnie w trakcie suszy, niezwykle wrażliwe na erozję wietrzną, która, jak wiatr jest silny, wywiewa tony wierzchniej warstwy gruntu tworząc swoiste burze piaskowe.

A jeśli chodzi o wspólne wystąpienia do władz , to zapraszam na stronę Koalicji Klimatycznej „Co z tą wodą”. Na niej zamieszczony jest apel, skierowany do Premiera Mateusza Morawieckiego, żeby kwestie zapobiegania skutkom suszy były w Polsce traktowane priorytetowo. Każdy ten apel może podpisać. Im nas będzie więcej, tym – wierze w to głęboko – bardziej prawdopodobne, że rząd przyjmie nasze postulaty.

RZ: Przejdźmy teraz do rolnictwa o którym mówi się, że szczególnie odczuje skutki coraz częstszych susz. Rośliny uprawiane tradycyjnie na naszych polach, w sadach i ogrodach będą miały coraz trudniejsze warunki wzrastania, dojrzewania i wydawania dobrych plonów. Jako przykład zwykle przytacza się ziemniaki. A jak się ma susza do innych naszych roślin? Zbóż jarych i ozimych, roślin oleistych i okopowych, drzew owocowych i roślin jadalnych w naszych ogródkach? I co z roślinami ozdobnymi w naszych ogrodach? Które przetrwają, a które będą musiały zniknąć?

Odnoszę wrażenie, że ten temat jest dotychczas słabo rozpoznany lub pomijany. Może potrzebna jest seria artykułów (a może i nawet jakaś praca naukowa) poświęcona temu zagadnieniu z podziałem na obszary. Byłby to taki kierunkowskaz dla rolników, ogrodników i sadowników, w którą stronę powinni podążyć planując swoją pracę w przyszłości.

ZK: Tu sprawa nie jest łatwa. Wszystkie uprawy potrzebują wody, choć są takie, które wymagają jej nieco mniej niż inne. Ale powodzenie upraw to nie tylko woda, ale także inne warunki i czynniki klimatyczne - długość okresu wegetacyjnego, ilość dni (lub godzin) z odpowiednią temperaturą, właściwa gleba, etc. Co więcej, przemysł spożywczy dostosowany jest do upraw w danym kraju, a nasze przyzwyczajenia kulinarne też odgrywają rolę. Wiec nie da się bezboleśnie zmienić kierunków produkcji rolnej.

Z ziemniakami, które już niedługo mogą w Polsce zostać wycofane z uprawy, to nawet nie jest kwestia wody, ale temperatury. To uprawa raczej zimnolubna, dla której może być w Polsce niebawem za ciepło. Stąd prognozuje się, że w wyniku ujawniających się w Polsce skutków zmiany klimatu, to właśnie ziemniak będzie cierpieć najbardziej – powierzchnia jego uprawy może spaść nawet o 70%.

Rolnictwo musi dostosować się do prognozowanych skutków zmiany klimatu. Najważniejszym z nich będzie wzrost zagrożenia suszą. Dlatego trzeba wspierać takie techniki uprawowe, które zwiększają retencję glebową i powodują, że uprawy są mniej zagrożone suszą. To uprawa konserwująca i rezygnacja z orki. To wprowadzanie międzyplonów czy siew w mulcz (czyli wysiewanie nasion w glebie pokrytej albo resztkami pożniwnymi albo sztucznymi okrywami zmniejszającymi parowanie, np. folią). Może to być także uprawa szpalerowa, gdzie rośliny uprawia się między rzędami drzew, będącymi naturalnym magazynem wody, a dodatkowo ocieniając glebę i uprawy zmniejszają ich narażenie na suszę. To jest zwiększanie ilości próchnicy (węgla organicznego) w glebie, bo wtedy jest ona mniej podatna na suszę. To wreszcie – jeśli nie można inaczej chronić upraw – nawadnianie. Ale musi być ono robione z głową. Nawadniać można i powinno się wyłącznie uprawy specjalne i tylko kropelkowo. Deszczowanie prowadzi bowiem do nadmiernej eksploatacji zasobów wód (nowoczesne systemy zużywają nawet 240 m3 wody/godzinę – tyle ile ujęcia dla 10 tysięcznej miejscowości), marnotrawstwa wody (która szybo paruje) i zasolenia gleb.

To jest niezwykle ważne, bo rolnictwo w ujęciu globalnym konsumuje około 70% wody słodkiej. Więc nie można zrobić tego, co proponuje rząd i co zrobiono w Kalifornii - pozwolić każdemu rolnikowi na budowę własnej studni i podłączenie jej do deszczowni. Bo to szybko wyczerpie dostępne zasoby wody gruntowej, co więcej - spotęguje suszę na terenach takich deszczowni pozbawionych, na przykład lasów czy małych gospodarstw rolnych. To pierwszy krok do prywatyzacji zasobów wody – bo ujęcia będą budowały tylko duże gospodarstwa, drenując wodę z przyległych terenów, na których działają mniejsi rolnicy. Co więcej – małe gospodarstwa będą wykupywane nie po to, żeby tam prowadzić produkcję, ale dlatego, że na ich terenie jest dobry dostęp do wody podziemnej. A ta będzie pobierana i przerzucana, nieraz na dalekie odległości, żeby nawodnić pola inwestora. To byłaby gospodarka rabunkowa.

RZ: A co z naszymi drzewami i lasami? Które gatunki podzielą los świerka, a które mają szansę przetrwać? To bardzo ważne pytanie dla leśników, ale i również władz miast i mniejszych miejscowości, które planują nowe nasadzenia i pielęgnację drzew już rosnących.

ZK: Wszystkie rośliny, także drzewa, potrzebują wody. Oczywiście, są gatunki bardziej odporne na jej niedobór i mniej odporne. Ale pamiętajmy, że przede wszystkim musimy stosować gatunki rodzime dla naszej przyrody. Bo to one decydują o tożsamości przyrodniczej Polski, one decydują o unikalności naszego krajobrazu i różnorodności biologicznej. Jest z nimi związany cały ekosystem. Nie jest i nie będzie tak łatwo zastąpić gatunki miejscowe innymi.

Podobnie jest z lasami. Mamy gatunki lasotwórcze i towarzyszące. Z punktu widzenia przyrodniczego – zachowania różnorodności biologicznej, ale także pewnej tożsamości kulturowej – gatunki lasotwórcze powinny być rodzime. W Polsce to m.in. sosna i świerk, a z liściastych – dąb szypułkowy i bezszypułkowy, buk, olsza, grab, brzoza. Oczywiście można znaleźć inne gatunki (np. teraz do lasów wchodzi dość agresywnie dąb czerwony), ale to nie będą już typowe polskie lasy. Jeśli zaczniemy wprowadzać inne, nie rodzime gatunki drzew, może się okazać, że utracimy wiele innych gatunków – grzybów, mchów, owadów czy zwierząt, które w różny sposób są związane z rodzimą szatą roślinną. Trzeba tez uważać na gatunki inwazyjne (np. czeremcha amerykańska czy dąb czerwony).

Tu jednak potrzebne są rzeczywiście badania – na ile lasy będą się musiały zmienić. A to nie jest łatwe - zapomina się, że dziś sadzi się lasy, które będą w pełni wykształcone w XXII wieku! Będą więc musiały funkcjonować w zupełnie innych warunkach klimatycznych. I jest jeszcze dylemat - czy mamy pozwolić przyrodzie, żeby sama się odnawiała i regulowała, czy - jak to robimy w Polsce masowo - to człowiek będzie decydował, co ma rosnąć i gdzie.

RZ: Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy naszym rolnictwie. Słyszymy w ostatnim czasie, że w walce z suszą na polach skuteczną metodą jest zachowywanie w naszym krajobrazie fragmentów nieużytków, oczek wodnych, zadrzewień śródpolnych. Tymczasem polscy rolnicy często wycinają wszystko do gołej ziemi, aby wziąć pod uprawę jak największą powierzchnię ziemi na swojej działce. Sprzyja temu również system dopłat unijnych dla polskiego rolnictwa, który jest naliczany od ilości hektarów. Dlatego konieczna jest reforma tego systemu i uwzględnienie w niej ochrony takich form krajobrazu, jakie wymieniłem. Niestety, prowadzona od 30 lat konsekwentna polityka wobec polskiej wsi doprowadziła do tego, że dziś przeważają na niej wielohektarowe monokultury rolnicze, które nie są dobre ani w obliczu suszy, ani dla konsumentów tych płodów rolnych, ani też dla ekosystemu. Czy działania zmierzające bezpośrednio lub pośrednio do eliminowania z polskiej wsi mniejszych gospodarstw na tak dużą skalę nie były błędem? Może te, które jeszcze się ostały, należy zreformować, dofinansować i uczynić takimi, aby działały zgodnie z zasadami szeroko rozumianej gospodarki ekologicznej?

ZK: Zgadzam się. Ale te procesy występują nie tylko w Polsce, ale w całej Unii Europejskiej. Od wielu lat trwa dyskusja, w jaki sposób można przywrócić rolnictwu zakres usług ekosystemowych, które powinno pełnić - także w zakresie wspierania różnorodności biologicznej (wiele gatunków jest typowych dla krajobrazu rolnego), utrzymania harmonijnego krajobrazu, itp.

Czy uda nam się to zrobić? Trwa teraz debata nad reformą Wspólnej Polityki Rolnej, jest unijna strategia "od pola do talerza", jest nowy Europejski Zielony Ład. Ale niestety nie jestem optymistą. Zapotrzebowanie na żywność rośnie, a konkurencja na rynku jest coraz ostrzejsza. Dotychczasowe reformy Wspólnej Polityki Rolnej nie tylko nie rozwiązały istniejących problemów, ale często kreowały nowe.

To zależy też w pewnym stopniu od nas samych. Jeśli będziemy potrafili skracać linie dostaw produktów żywnościowych, jeśli zaczniemy tworzyć kooperatywy i spółdzielnie żywnościowe, które zaopatrywać się będą bezpośrednio u rolników, to damy szansę na przetrwanie małym gospodarstwom, bo one nie będą musiały płacić pośrednikom. Ale jeśli korzystać będziemy wyłącznie z dużych sieci handlowych, to w ten sposób wspierać będziemy duże gospodarstwa.

Warto pamiętać także o marnotrawstwie żywności. Co roku w Polsce wyrzucamy około 9 mln ton żywności. To powoduje nie tylko kolosalny ślad węglowy (około 16 mln ton CO2), ale także ogromny ślad wodny – wody, którą musieliśmy zużyć, aby te żywność wyprodukować. Więc zapobieganie temu marnotrawstwu jest także metodą ochrony przez deficytem wody.

RZ: I na koniec taka mała pogodowa dygresja. Jeszcze w niedzielę mieliśmy w Polsce temperaturę dochodzącą do 25 stopni Celsjusza, tymczasem wczoraj spadła ona w bardzo krótkim czasie do poziomu zaledwie kilku stopni. Rodzi się pytanie, czy podobne gwałtowne wahania mogą występować w Polsce również w przypadku opadów? Badania nad zmianami klimatu i zjawiskiem suszy zdają się wskazywać, że mimo wzrastającego zagrożenia suszą Polska nie uwolni się od powodzi. W dokumencie „Polityka ekologiczna państwa 2030” napisano m.in. „Przykładowo, województwo łódzkie będzie zagrożone silnym pustynnieniem oraz równolegle powodziami w dolinach największych rzek regionu, tj. Warty, Pilicy i Bzury”. Czy możliwy jest scenariusz, aby przykładowo biorąc pod uwagę tegoroczną suszę, w czerwcu dotarł do nas niż genueński dający tak duże sumy opadów przez kilka dni, abyśmy od stanu zagrożenia suszą przeszli w stan zagrożenia powodziowego?

ZK: Rzeczywiście, choć może się to wydawać w pierwszym momencie paradoksem, skutkiem zmiany klimatu jest jednocześnie wzrost zagrożenia suszą i wzrost zagrożenia powodzią. Nie powinno to jednak dziwić, gdy się bliżej przyjrzymy przyczynom, w tym przede wszystkim zmianie rozkładu opadów. Już obecnie od kilku dekad notujemy w Polsce zmianę częstości i gęstości opadów – wzrasta ilość krótkich, gwałtownych opadów w trakcie których w krótkim czasie spada na ziemie bardzo duża ilość wody (to także deszcze katastrofalne, w trakcie których spada do ponad 100 litrów wody na m2). W konsekwencji wzrasta ilość tzw. powodzi błyskawicznych i podtopień. Te opady są niebezpieczne przede wszystkim na terenach miejskich, gdzie nadmiar wody nie ma jak „uciec”, bo większość powierzchni biologicznie czynnej – gdzie mogłaby ona wsiąkać w grunt – została zabetonowana, a woda opadowa odprowadzana jest do kanalizacji deszczowej, która ma określoną pojemność, zwykle nie obliczoną na opad nawalny czy katastrofalny.

Zmiana ta powoduje także to, że średniomiesięczna ilość deszczu spada na ziemię w 2- 3 opadach, a w pozostałe dni miesiąca opadów już nie ma. W połączeniu z wysoką temperaturą zwiększa to zagrożenie suszą, zwłaszcza fizjologiczną lub rolniczą.

W moim przekonaniu to jeszcze wyraźniej pokazuje, że to właśnie naturalne metody retencji są najlepsze i najbardziej skuteczne, a przy tym są najtańszym instrumentem regulacji stosunków wodnych. Zjawiska pogodowe stają się nie tylko coraz bardziej gwałtowne, ale też bardzo gwałtownie się zmieniają.

RZ: A jak realizacja budowy dużych zbiorników retencyjnych miałaby się do zagrożenia powodzią w Polsce?

ZK: Budując urządzenia przeciwpowodziowe musimy podjąć decyzję, czy mają one nas chronić przed wodą 100-letnią, 500-letnią, a może 1000-letnią. A i tak może przyjść taka fala powodziowa, która przekroczy nasze oczekiwania i prognozy, co spowoduje tragedię na ogromną skalę. Podczas gdy bazując na metodach naturalnych nie musimy ponosić takich kosztów. Woda z roztopów magazynowana jest w systemie naturalnym – torfowiskach, mokradłach, stawach śródpolnych itp. Zamiast inwestować w budowę i utrzymanie wielkich zbiorników przeciwpowodziowych płaćmy rolnikom za to, że fala wezbraniowa może się rozlewać na ich łąkach i jest na nich retencjonowana. I te metody nie tylko chronią przed powodzią, ale także ograniczają skutki suszy, bo woda zostaje przez dłuższy czas w środowisku, opady zatrzymujemy tam gdzie spadną i nie pozwalamy ich zbyt szybko uciec do Bałtyku. Warto też zauważyć, że ochrona przed powodzią jest niezgodna z pomysłami na kanały żeglowne na polskich rzekach – dla umożliwienia żeglugi zbiorniki musiałyby być wypełnione wodą i nie byłby w stanie buforować fali powodziowej.

Do tej pory nie myśleliśmy specjalnie dużo o wodzie. Dla większości z nas była ona takim zasobem jak powietrze – była, jest i będzie. Ten czas beztroski się skończył. Jeśli nie nauczymy się, że woda – choć jest zasobem odnawialnym – jest bardzo cenna i dlatego wymaga oszczędnego i efektywnego nią gospodarowania, będziemy już wkrótce w poważnych kłopotach.

RZ: Dziękuję za rozmowę

*******

Pamiętam z dzieciństwa piosenkę zaczynającą się słowami „Chwalcie łąki umajone, góry doliny zielone. Chwalcie cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki”. To pieśń religijna poświęcona Maryi, ale słowa te zaskakująco dobrze wpisują się w działania, jakie powinniśmy podjąć, aby ograniczyć skutki suszy w Polsce.

Dbajmy o zieleń i doliny naszych rzek.

Cieszmy się kolorowymi naturalnymi łąkami oraz trawnikami i nie kośmy ich bezmyślnie.

Lasy w górach są szczególnie cenne, gdyż zatrzymują nadmierny spływ wody opadowej.

Cień rzucany przez drzewa w miastach i na wsiach to dobrodziejstwo, którego często nie doceniamy.

Przyroda nie lubi linii prostych – po co dziś prostować nasze rzeki, rzeczki i potoki?

Bez względu na nasz światopogląd, wyznanie religijne i sympatie polityczne pamiętajmy, że żyjemy wszyscy na jednej planecie i jej problemy są naszymi wspólnymi problemami.

Radosław Zywert

Komentarze

01.06.2020 22:47 papa ohara

"Można panikować", reż. Jonathan L. Ramsey, prod. 2020

https://www.youtube.com/watch?v=osm5vyJjNY4

Osobiście jestem pod dużym wrażeniem tego dokumentu bo jest naprawdę bardzo dobrze zrobiony. Po obejrzeniu nabrałem jeszcze większego szacunku do Pana prof. Szymona Malinowskiego.

Obejrzyjcie bo naprawdę warto!

01.06.2020 23:01 adaś

Bardzo ciekawy wywiad.
Cieszy mnie że takich ludzi jak pan profesor Zbigniew Karaczun jest coraz więcej.
Można też znaleźć filmy które pokazują pozytywne działania dotyczące nawadniania np.
https://www.youtube.com/watch?v=GrVcwEr9tEY&t=332s

02.06.2020 23:22 Ojciec dzieciom

@adaś
Nawadnianie, zwłaszcza za Ramzesa egipskich pól było skuteczne.
Ale po budowie tamy na Błękintnym Nilu może być różnie. (młode ziemiaki po 10 zł/kg).

04.06.2020 22:45 adaś

@Ojciec dzieciom
Ja mam nadzieję że w Polsce na kolejne wielkie tamy nie starczy pieniędzy.
I że głos naukowcw zostanie wreszcie usłyszany.
Albo słowa pieśni trzeba będzie zmienić
"chwalcie łąki wysuszone
góry, doliny spalone
chwalcie przywiędłe gaiki
i zmeliorowane strumyki "

21.06.2020 4:39 gupol(szukam w OZE)

@adaś
obawiam się że będzie na odwrót i słowa piosenki bedą brzmiały tak:

chwalcie łąki zatopione
góry doliny zbłocone
chwalcie zalane gaiki
i rwące wodą strumyki.

Dodaj komentarz

Kod
grakalkulator kalkulator zuzycia ciepla

Informacje

  • Polecane materiały
    Portal "Ziemia na rozdrożu" powstał w 2008 roku. Opublikowaliśmy tysiące artykułów, materiałów medialnych, książki i komiksy. W tej sekcji znajdziesz linki do różnych ciekawych materiałów.Polecane książki(...)

    więcej »

  • Świat na Rozdrożu - wykresy
    "Świat na rozdrożu" przedstawia powiązania między systemem finansowo-gospodarczym, zużyciem energii i zasobów oraz podlegającym coraz większej presji środowiskiem. Pokazuje, jak kształtują się i zmieniają powoln(...)

    więcej »

  • Przewodnik do sceptycyzmu globalnego ocieplenia
    Sceptycyzm naukowy jest zdrowy.  Właściwie to nauka z natury jest sceptyczna. Prawdziwy sceptycyzm oznacza rozważenie całości dowodów przed wyciągnięciem wniosków. Jeśli przyjrzymy się bliżej argumentom wyr(...)

    więcej »

  • Źródła informacji o klimacie
    Adresy stron internetowych, zawierających kluczowe dane i informacje o klimacie. Satelitarne pomiary temperaturyRemote Sensi(...)

    więcej »

  • Marcin Popkiewicz w mediach
    "O co chodzi"TEDx - Czy globalne ocieplenie jest faktem?, maj 2017 Klimatyczne fakty i mi(...)

    więcej »

Linkownia

Wykonanie PONG, grafika GFX RedFrosch.



logowanie | nowe konto