ABC kryzysu gospodarczego w czasach koronawirusa (4/4): Koniec wzrostu?

Artykuł 1: Wzrost gospodarczy

Artykuł 2: Skąd się biorą pieniądze

Artykuł 3: A gdyby gospodarka przestała rosnąć… czyli przepis na kryzys

Wzrost PKB jest więc koniecznością, a cały nasz system finansowy i gospodarczy oraz instytucje polityczne mniej lub bardziej świadomie działają tak, aby podtrzy­mywać go za wszelką cenę. Nie bez powodu żyjemy w systemie na każdym kroku zachęcającym do konsumpcji i nie przez przypadek można dostać kredyt na cokol­wiek, nawet bez wiarygodności kredytowej.

Jest to jednak gra skazana na przegraną, w której jedynie kupujemy sobie czas. Co gorsza, im bardziej pompowany balon się powiększa, z tym większym hukiem w końcu pęknie.

Dlaczego? Ponieważ funkcje wykładnicze mogą bez problemu istnieć w abstrakcyjnym świecie liczb, ale w świecie rzeczywistym w pewnym momencie muszą się zatrzymać. I nastąpi to już wkrótce, bo mechani­zmy stymulujące dotychczas wzrost gospodarczy przestają działać, a nawet zaczynają działać w przeciwną stronę, hamując wzrost gospodarczy.

Wiele wskazuje na to, że zbliżamy się do kresu trwającej od wielu pokoleń epoki wzrostu, a „dziwne” zachowanie gospodarki światowej, która ku konsternacji ekonomistów nie zachowuje się tak jak powinna (czyli tak, jak zachowywała się „od zawsze”), są tego symptomem.

Sprawdzone działania, które „zawsze” działały, teraz nie przynoszą spodziewanego efektu. Czemu? Ponieważ zmieniają się zasady gry.

Droga do miejsca, w którym się znaleźliśmy, była bardzo logiczna. Paliwa kopalne i umożliwiony przez nie postęp techniczny (w tym w rolnictwie i medycynie) umożliwiły wzrost naszej populacji do ponad 7 miliardów ludzi, a znaczącej ich części – życie w sposób bezprecedensowo wygodny, w perspektywie historycznej. Ropa, węgiel, gaz, zwolniły większość z nas – przynajmniej w krajach rozwiniętych – z obaw przed głodem i z konieczności wycieńczającej codziennej pracy fizycznej. Pozwalając tym samym na powszechną edukację i gwałtowny rozwój technologii. Zasiliły też wykładniczy wzrost gospodarczy. Stały się naszym prawdziwym skarbem.

Jednak jedyną stałą rzeczą są zmiany. Model, który miał rację bytu w XIX i XX wieku, w naszym stuleciu dochodzi do swego kresu. Jest też bardzo możliwe, że kończy się też sama epoka bezprecedensowego wzrostu. Na początku książki przyjrzeliśmy się czynnikom, które stworzyły koktajl stymulujący wzrost. Coraz więcej z nich przestaje działać w kierunku wzrostu, a zamiast tego zaczyna zaciągać hamulec.

Wzrost populacji? Globalnie rzecz biorąc, o ile nie nastąpi jakaś katastrofa, wzrost liczby ludzi na Ziemi do powyżej 10 miliardów jest już praktycznie zagwarantowany, a nawet jeszcze w tym stuleciu może sięgnąć 13 miliardów. Samo w sobie jest to katastrofą dla zasobów i środowiska. Wieczny wzrost populacji nie jest ani możliwy, ani pożądany. Jeśli uważasz, że to nie problem, spróbuj wyobrazić sobie Ziemię zamieszkałą przez setki miliardów ludzi – już teraz, kiedy jest nas trochę ponad 7 miliardów, zajęliśmy praktycznie wszystkie tereny nadające się na ziemie rolne i pastwiska, a przypadający na osobę areał ziem uprawnych do 2050 roku spadnie do zaledwie 0,07 ha na osobę – to połowa tego co w 1996 roku i mniej niż obecnie przypada na mieszkańca Bangladeszu, Pakistanu czy Afganistanu. Wzrost populacji, zamiast być korzyścią gospodarczą, przybliża nas do katastrofy.

Owszem, w krajach uprzemysłowionych (Europa, USA, Japonia i in.) przyrost naturalny wyhamowuje lub wręcz się odwraca. Jednak moment, w którym następuje koniec wzrostu, a następnie spadek populacji, z punktu widzenia systemu finansowo-gospodarczego mogącego istnieć jedynie w warunkach wzrostu wykładniczego, jest olbrzymim problemem. Będzie nie tylko coraz mniej pracowników, ale też coraz więcej emerytów, których trzeba będzie utrzymać – obrazowo mówiąc, z „piramidy demograficznej” zrobi się „grzyb demograficzny”. W miarę starzenia się społeczeństw będą spadać nie tylko nadwyżki dostępne na wzrost i inwestycje, ale też spadać będzie innowacyjność. Nie będzie trzeba budować nowych domów, wyposażać ich i rozbudowywać infrastruktury, co dla wzrostu gospodarczego jest zabójcze.

Nowe, tanie zasoby? Nie ma już dziewiczych terenów, na których czekałyby na nas nienaruszone ziemie rolne, lasy, łowiska, złoża ropy i kopalne. Zasoby odnawialne są eksploatowane szybciej niż się odtwarzają, gwałtownie przesuwa się też granica jakości eksploatowanych złóż zasobów nieodnawialnych: ropy, gazu, węgla, rud metali, fosforu i wielu innych. Dziś nie ma już złóż ropy, takich jak 100 lat temu w Teksasie – coraz zażarciej i z rosnącymi kosztami (także społecznymi, środowiskowymi i czasowymi) „skrobiemy dno beczki”.

Koszty zewnętrzne i problemy środowiskowe stają się przygniatające. Widzimy je w zmianie klimatu, wymieraniu gatunków, zanieczyszczonych rzekach, rosnących strefach beztlenowych, erozji gleb, wysychających jeziorach, przesycaniu środowiska związkami hormonalnie czynnymi i długiej liście innych problemów. Zajmujący się środowiskiem naukowcy coraz częściej mówią o trwającym właśnie Szóstym Wielkim Wymieraniu w historii Ziemi i początku antropocenu – epoki na dobre i na złe ukształtowanej działaniami człowieka.

Globalizacja? Zawłaszczona przez korporacje staje się wielkim wyścigiem do dna: wielki biznes idzie tam, gdzie ma najlepsze warunki. Tam, gdzie nie ma przepisów ochrony środowiska (najtaniej jest wylać ścieki do rzeki), podatków (wielkie korporacje, w odróżnieniu od małych firm, wiedzą jak uniknąć ich płacenia) czy praw pracowniczych (praca pracujących po 14 godzin przez 7 dni w tygodniu nastolatków bez ubezpieczenia jest najtańsza). Wraz z rozpowszechnianiem globalizacji z krajów uprzemysłowionych, na przykład Stanów Zjednoczonych czy Europy, zaczęły znikać miejsca pracy w sektorze produkcji, potem w usługach biznesowych, projektowaniu, logistyce, badaniach – czyli wszystkich tych dziedzinach, w których pracę znajdowali kiedyś absolwenci uczelni. Zadało to olbrzymi cios klasie średniej, bo to przez te miejsca pracy wiodły tradycyjne ścieżki kariery i awansu społecznego. Ponieważ w tych warunkach dobrą pracę mają zapewnioną tylko ci, którzy wywodzą się z bogatych rodzin, skutkuje to wzrostem rozwarstwienia i zanik szans życiowych.

Dopóki istniał Związek Radziecki, który promował alternatywny system gospodarczy, w krajach kapitalistycznych istniała konieczność utrzymywania systemu atrakcyjnego dla większości społeczeństwa. Wraz z upadkiem ZSRR znikła też alternatywa dla neoliberalnej gospodarki a wraz z nią hamulce dla narastania nierówności i degeneracji kapitalizmu w system, w którym społeczeństwa mają coraz mniej do powiedzenia, a lejce władzy przejmują korporacje. Proces ten dopiero się rozpoczął i dopiero przyszłość przyniesie odpowiedź na pytanie czy społeczeństwa zdołają go zatrzymać i odwrócić, czy też doprowadzi do świata władzy korporacji i orwellowskiej kontroli społeczeństwa.

System finansowy, który powinien służyć realnej gospodarce, został zawłaszczony przez wielkie banki, które zamieniły go w wielkie kasyno. Wielkie instytucje finansowe bezkarnie manipulują rynkami, wciskają klientom niekorzystne dla nich rozwiązania finansowe, rozregulowują rynki transakcjami wysokiej częstotliwości, kupują ustawy i robią wiele innych rzeczy, które służą ich zyskom, a szkodzą gospodarce i społeczeństwu. Są przy tym tak bezkarne, jakby stały ponad prawem. Jeśli jakiś bank zostaje złapany, zarząd nie trafia na wczasy za kratami (no, może z wyjątkiem Islandii). Co najwyżej bank płaci grzywnę, z reguły znacznie mniejszą od zysków. Oczywiście, nie z pieniędzy własnych, ale klientów.

Odpowiedzią systemu finansowego na spowodowane m.in. globalizacją osłabienie klasy średniej i spadek zarobków większości społeczeństwa było obniżenie stóp procentowych i zachęcanie do utrzymania poziomu życia na kredyt. Najbogatsi, pożyczając swoje pieniądze na procent i korzystając z inżynierii finan­sowej, bogacą się coraz bardziej, podczas gdy dochody klasy średniej i niższej spadają, a odsetki od długu (zarówno osobistego, jak i pań­stwowego) obciążają ich dochody, prowadząc do coraz większego zadłużania się. Globalne korporacje, takie jak Google, Apple, Amazon, czy Starbucks, zatrudniające sztaby prawników i doradców podatkowych, tworzą skomplikowane międzynarodowe struktury, pozwalające im unikać płacenia podatków. Pozbawione tych dochodów państwa odbijają to sobie wyżej opodatkowując podatników i mniejsze firmy, nie mające możliwości ucieczki przed fiskusem. W miarę jak oligarchiczna gospodarka się rozprzestrzenia, a władza korporacyjnych baronów i bankowych gangsterów („banksterów”) rośnie, system ma coraz mniej wspólnego z wolnym i uczciwym rynkiem, produktywna część społeczeństwa ma się coraz gorzej, a nierówności narastają, podkopując stabilność społeczeństw.

Sprzyja temu trwający masowy dodruk pieniędzy przez banki centralne (głównie w postaci pakietów „ułatwień ilościowych”) – pozostają one w większości w kasynie systemu finansowego, pompując ceny akcji i innych instrumentów finansowych, zapewniając instytucjom finansowym, korporacjom i najbogatszym rekordowe zyski. Górny 1% najbogatszych zbiera owoce zysku dla siebie, posiadając już ponad połowę całego majątku światowego, a proces ten postępuje: według trendów z ostatnich kilku lat każdego roku najbogatszy 1% przejmuje kolejny 1% wypracowanych przez ludzkość zasobów. W tych warunkach klasa średnia, wolny rynek i sam kapitalizm podupadają. Nie działają już obniżki podatków czy ułatwienia dla przedsiębiorców, trudno też o ożywienie gospodarcze. Bo skąd ono ma się wziąć? Kto ma wydać pieniądze, skoro obywatele ich nie mają? Proces ten nie może oczywiście trwać w nieskończoność – w pewnym mo­mencie dochodzi do destrukcyjnego dla gospodarki kryzysu finansowego.

W międzyczasie stajemy przed nowym wyzwaniem, związanym z rozpowszechnianiem się systemów komputerowych, stopniowo zastępujących pracę ludzką. Możemy kupić bilet na pociąg lub do kina przez internet lub w automatycznej kasie. Za zakupy w supermarkecie możemy zapłacić kartą na stanowisku samoobsługowym. Roboty zastępują robotników w fabrykach, obsługę w magazynach i górników w kopalniach. Stopniowo będą znikać miejsca pracy dające zatrudnienie znacznej części społeczeństwa, a granica przesuwa się w kierunków dotychczas wymagających tak wysokich kompetencji, że jeszcze kilka lat temu uważane za niezagrożone przez trend automatyzacji. Na drogi wyjeżdżają już prowadzone przez komputery auta i ciężarówki – za chwilę znikną zawody taksówkarza, kierowcy tira i tirówki. Rzemieślnicy będą zastępowani przez drukarki 3D. Samodiagnozujące się maszyny będą same zamawiać komponenty do swojej eksploatacji i zautomatyzowanych napraw. A to jeszcze nie koniec – szybko ewoluuje dziedzina uczenia głębokiego, techniki, która umożliwia komputerom nauczenie się języka chińskiego, rozpoznawanie tekstów i obiektów na zdjęciach, pomoc w analizie diagnozy medycznej, a nawet tworzenie intrygującej sztuki. Miejsca pracy tłumaczy, urzędników bankowych, techników laboratoryjnych i niezliczonych innych zawodów „białych kołnierzyków”, uważanych dotychczas za niezagrożone, będą masowo znikać.

Samo w sobie nie jest to nic złego. Kiedy maszyny w XIX wieku zaczęły zastępować ciężką pracę fizyczną i automatyzować proste czynności powtarzalne lub zastępując pracę fizyczną ludzi energią paliw kopalnych, też zaczęły znikać miejsca pracy tkaczy zastępowanych przez automatyczne krosna i robotników niewykwalifikowanych zastępowanych przez koparki. Jednocześnie jednak powstawały nowe miejsca pracy w nowych sektorach gospodarki. Teraz jednak wyzwanie jest znacznie większe – nowe miejsca pracy na przykład w sektorach IT, serwisu robotów czy biotechnologii (o ile na te obszary też nie wejdzie sztuczna inteligencja) wymagają tak wysokich kwalifikacji, że aż wykraczających poza możliwości większości ludzi. Istnieje zagrożenie, że będzie coraz więcej sfrustrowanych młodych ludzi, nie znajdujących miejsc pracy. W tym czasie posiadacze skomputeryzowanych, zautomatyzowanych i zrobotyzowanych środków produkcji, nie musząc płacić pensji komputerom, będą w stanie kumulować jeszcze większe bogactwo. Ich też jednak może dotknąć problem – zatrudniane przez nich komputery i roboty nie będą wydawać pieniędzy na zakupach – czy znajdą się więc klienci, którzy mieliby kupować usługi i produkty automatów?

Brzmi to jak truizm, ale powinniśmy dbać o miejsca pracy i stymulować rozwiązania, które im sprzyjają.

Poziom specjalizacji pracy doszedł już do swojego sufitu i trudno liczyć na dalsze korzyści z tego procesu. Wręcz przeciwnie, tak daleko posunięta specjalizacja zaczyna nas uwierać, bo tracimy umiejętności spoza wąskiego zakresu naszej pracy. Jako pracownicy zaczynamy myśleć bardzo wąsko i jest coraz trudniej porozumiewać się z ekspertami z innych dziedzin. Pogarsza się też umiejętność radzenia sobie w nietypowych sytuacjach.

Edukacja? Tutaj też nie jest dobrze – w Polsce na przykład postanowiliśmy produkować taśmowo studentów, niestety w dużym stopniu na kierunkach, po których nie będzie dla nich pracy. To czego chcą się uczyć młodzi ludzie, to czego uczą się w szkołach i na uczelniach, oraz to jakich kompetencji potrzebuje rynek pracy przyszłości, to niestety trzy wzajemnie ortogonalne rzeczywistości. Słabnie też rola uczelni jako miejsca wymiany myśli i kształtowania elity narodu.

Technologie? Owszem, ich rozwój wciąż napędza wzrost gospodarczy. Ale czy sam da radę? Wiele wskazuje zresztą na to, że na polu rozwoju nowych technologii też możemy oczekiwać spowolnienia – kwestię tę rozwiniemy dalej.

Widzimy zatem, że czynniki, które w przeszłości, przez całe pokolenia, zapewniały nam wykładniczy wzrost gospodarczy, zaczynają wygasać lub wręcz zaczynają działać w drugą stronę. Na razie obserwujemy dopiero spowalnianie wzrostu gospodarczego, a nie jego zatrzymanie lub spadek, ale już samo to oznacza dogłębną zmianę warunków makroekonomicznych. Nic dziwnego, że ekonomiści czują się zagubieni – widzą, że światowa gospodarka zachowuje się „jakoś dziwnie”, inaczej niż „zawsze”, a sprawdzone wcześniej narzędzia polityk gospodarczych, monetarnych i fiskalnych jakoś nie działają tak jak powinny.

Dzieje się tak, ponieważ obowiązujące obecnie teorie ekonomiczne zostały stworzone i przetestowane w warunkach świata wzrostu. W sytuacji, w której warunki te przestają działać, uważane za oczywiste „prawa ekonomii” (które wcale nie są prawami podobnymi na przykład do „praw fizyki”, lecz raczej zbiorem empirycznych obserwacji przeprowadzonych w pewnych szczególnych warunkach) przestają działać. Wraz z rosnącą konsternacją i nieskutecznością standardowych mechanizmów pobudzania wzrostu gospodarczego sternicy naszych gospodarek częściej sięga się po tzw. „niestandardowe instrumenty polityki pieniężnej”, takie jak zerowe (lub wręcz ujemne) stopy procentowe, pakiety luzowania ilościowego (czyli masowy dodruk pieniędzy przez banki centralne), wykup bezwartościowych aktywów po cenie nominalnej i inne operacje, które wcześniej nie były stosowane (lub ewentualnie zaledwie dekadę temu były przypisane do kategorii kretynizmów gospodarczych zarezerwowanych dla tak zwanych „republik bananowych”).

W odpowiedzi na problemy z uzyskaniem realnego wzrostu gospodarczego rozpoczęła się jego stymulacja. Na całym świecie banki centralne podejmują działania, które jeszcze dekadę temu były zarezerwowane jedynie dla „republik bananowych”, w mniej lub bardziej otwarty sposób drukując dziesiątki bilionów dolarów/euro/funtów/jenów i obniżając stopy procentowe do poziomów niewidzianych od stuleci, nawet poniżej zera. W historii pieniądza zdarzały się miejsca i czasy, w których dochodziło do realnie ujemnych stóp procentowych. Ale ujemne nominalne stopy procentowe, do tego na tak olbrzymią skalę? Takiej sytuacji nie było jeszcze nigdy w historii świata!

Zadłużenie banków centralnych i rządów narasta lawinowo, a gospodarka światowa wciąż uparcie nie chce wrócić na dawne tory wzrostu. Kryzys został „zamieciony pod dywan”, ale żadne problemy strukturalne leżące u jego korzeni nie zostały rozwiązane – wręcz przeciwnie. Co bowiem doprowadziło do wyhodowania bańki na rynku nieruchomości i kryzysu kredytowego w USA? Obniż­ka stóp praktycznie do zera, drukowanie pieniędzy i gwarantowanie operacji finan­sowych – wszystko, żeby zachęcić konsu­mentów do wzięcia na siebie jeszcze więk­szej ilości długu i dalszego kupowania. A jak rozwiązywaliśmy ten problem w ostatnich latach? Obniżając na całym świecie sto­py procentowe prawie do zera, drukując pieniądze i gwarantując operacje finanso­we. Inaczej mówiąc – świat poszedł dokładnie tą samą drogą, co USA podczas hodowa­nia swojej bańki. Tylko że obecnie rosnąca bańka jest większa, znacznie większa.

Nie rozwiązaliśmy żadnego z problemów, odpowiadających za ostatni kryzys finansowy. Właściwie, to nabrzmiały one jeszcze bardziej. Ilość długu urosła, a gigantyczna bańka derywatywów napęczniała do rekordowych rozmiarów. Napompowaliśmy globalną matkę wszystkich baniek. Jej implozja będzie bardzo spektakularna i niestety bardzo bolesna.

Epidemia koronawirusa właśnie przekłuwa bańkę wirtualnego wzrostu PKB.

Świat oddał się całkowicie pogoni za wzrostem gospodarczym – model skupiający się na pompowaniu PKB sprawdzał się przez dekady, poziom życia szybko rósł, a coraz szersze rzesze ludzi mogły oddawać się rosnącej konsumpcji. Stan taki był możliwy w specyficznej sytuacji epoki permanentnego wzrostu gospodarczego, która dobiega już końca. Zmiana spetryfikowanego politycznie, społecznie i mentalnie systemu będzie bardzo trudna, a establishment i społeczeństwa będą kurczowo czepiać się nadziei powrotu dawnych dobrych czasów.

Tymczasem, jeśli chcemy myśleć o zdrowej sytuacji gospodarczej i społecznej, potrzebne są bardzo głębokie zmiany. Mówiąc inaczej – jeśli chcemy, żeby pozostało po staremu (żebyśmy mogli się cieszyć dobrym i stabilnym światem, z miejscami pracy i zdrową gospodarką, o naszym zdrowiu i stanie środowiska nie wspominając), to wiele będzie musiało się zmienić. I to szybko.

Marcin Popkiewicz

Komentarze

19.03.2020 8:13 Ryan

Gdzie w świetle zawartych tu podstaw działania obecnego systemu finansowego - jest miejsce na realną rewolucję energetyczną i dbałość o środowisko??

Korporacje chwalą się zrównoważonym rozwojem - tymczasem to jest kłamstwo i jawna kpina z niedouczonych.
Żyjemy na ograniczonym areale, którego użyteczność zmienia się wraz z postęoującymi raptownie zmianami klimatu (temperatura, masy powietrza oraz opady) a także występuje jałowienie.
Mimo to, ekonomiści usiłują nam wmówić, że jedynym sposobem na przeżycie jest zwiększenie wszystkiego. Więcej ludzi, więcej jedzenia, więcej konsumpcji, więcej transportu.
Stąd nie wierzę w prawdziwość intencji instytucji typu UE, ONZ czy nawet IPCC. Bo oni wszysy są na kredyt i od przepływu powielanego pieniądza są zależni. W rewolucji OZE upatrują zwyczajnie jako szansę na kolejny rozrost gospodarki i przemianę, która odsunie widmo recesji, depresji czy upadku oraz zajmie ludzi na tyle by władcy pieniędzy mogli dalej spać spokojnie do połowy wieku w swoistym letargu. Pewnie wspomaganym mieszanką dragów, alkoholu i uciech cielesnych.

Z jednej strony rozumiem, że w pewnym momencie nie było już innego wyjścia. Nie da się zatrzymać zyt dużej kuli śniegu na stoku. Z drugiej, idiotyzmem było puszczanie jej w ruch 100 lat temu.
Ci, którzy to zrobili już nie żyją, dla nich to była fajna zabawa. Nas ta kula rozgniata, a ludzi kolejnych pokoleń rozgniatać będzie jeszcze długo. No chyba, że wsadzimy lichwiarzy do wiezięnia i zresetujemy system finansowy, opracowując coś lepszego. Tylko co i jak? Obecna populacja woli pracę dla pieniądza, niż dla idei. Mamy też złe doświadczenia z ideami. Zaś praca dla idei wymaga też jakąś równowagę dystrybucji dóbr, a jak z tym jest w świecie ludzi to Polska wie bardzo dobrze.
Właśnie system pada na ryj przez kawałek RNA. Mimo wszystko cieszy, gdy słyszy się, że po kolei zbędne gałęzie biznesu szybko się zwijają.

19.03.2020 9:17 Rena

@ RYAN

Wiesz ja sama nie wiem jak to się skończy.
Uważam że automatyzacji na masową skalę nie będzie.
Za mało surowców. W szczególności metali ziem rzadkich.
Jest ich tak mało że już teraz z produkcją aut elektrycznych są problemy.
A stanowią one mały ułamek całości
Ja wiem że jest to możliwe jednostkowo. Ale pod względem całokształtu i ropowszechnienia na masową skalę to już jest problem.
Prądożerność i materiałochłonność ,ilość biohektarów niezbędnych do podtrzymania sprawią że ta technologia nie wejdzie na masową skalę.

Prawa Fizyki ukrócą tą lichwę.
Oni nie zwiększą systemu. Nie ma z czego. Próbują podtrzymać to czego się utrzymać nie da. Doszli do granic absurdu.

To co wydobyli już wykorzystali. A do wydobycia nie ma czego.
Próbują odwlec to co nieuchronne. Nie ma więcej ziem do eksploatacji.

Ja mieszkałam 4 lata w USA . Bardzo dużo podróżowałam . W styczniu tego roku wróciłam do Polski.
I widzę jak ten kraj się stacza. Śmiech mnie nachodzi na myśl o tych autonomicznych samochodach.
Zostaną wyprodukowane w fabrykach zasilonych prądem który przyszedł z lini wysokiego napięcia o ocenie 2+ według amerykańskiego stowarzyszenia inżynierów cywilnych.
[ Najczęjściej przeżarta rdzą kupa złomu która ledwo stoi. Tylko najpilniejsze naprawy.]

Do fabryki wodę będą doprowadzać równie mocno przeżarte rurociągi o ocenie 2

Będą jeździć po drogach i ulicach dziurawych jak ser szwajcarski. Ze spękanymi chodnikami po bokach. Z wybroczynami i koleinami w asfalcie. A takich miejsc jest z roku na rok coraz więcej.

Będą bez obaw przejeżdzać przez mosty którym wprowadzono drastyczne ograniczenia ruchu . Bo konstrukcja nie pozwala. To jest jakaś kpina. Pośmiewisko.
Nie potrafią pożądnych wodociągów skonstruować a będą się brać za autonomiczne samochody. Zgłupieli po prostu, Wstydu nie mieć trzeba by się mocarstwem tytułować z taką infrastrukturą. Postęp technologiczny to w zasadzie propaganda.
Wiesz takie wielkie trąbienie ot tak sobie czego to oni nie potrafią.

Byłam w Nowym Yorku 5 Ave odpicowana jak perełka. A zejdź kilka przecznic dalej i jesteś w innym świecie. Gdzie dostaniesz kulkę w łeb za nic. Gdzie bezdomni i menele żyjący w zasyfionych ceglanych blokowiskach. Masowo na żebrach. W metrze rdza i zacieki powszechne. Szczury istna plaga.
To jest utrzymywane tak po macoszemu. Zrobione takie minimum minimum by to stało.
Naprawy tylko w najpilniejszych przypadkach.
Zardzewiałe rury stoją i stoją. Dopiero jak pęknie to wtedy jakiś serwisant opieszale się stawia na wezwanie i robi swoje. A to i tak wymienia tylko ten odcinek spieprzony a reszta rdzewieje dalej . Jakość wykonastwa jest koszmarna. Tną koszty na utrzzymanie jak tylko się da. Bo prawa Fizyki robią swoje. Prawa fizyki sprawiąją że naprawy są nieopłacalne i trudne.
I takie właśnie obszary nędzy rosną jak na drożdzach w niemal każdym Stanie.
Są nieliczne prestiżowe osiedla ale to i tak takie.Nieliczne.

Bo termodynamika sprawia że na gorszym jakościowo złożu trzeba więcej rudy przebrać na tą samą ilość materiału. Więcej energi na maszyny wydobywcze bo trzeba zejść niżej pod ziemię. Na sortowanie i oczyszczanie Bo na dole jest największy syf. Im niżej w dół takiego złoża ropy naftowej powiedzmy tym więcej zanieczeń . Grawitacja się kłania. Z resztą nie tylko ropy. Wogóle najcięższe pierwiastki z reguły leżą najniżej.
Nie bez powodu jądro ziemi jest najcięższe. Grawitacja szereguje wszystkie pierwiastki według masy. Bo takie jest jej zadanie.
Po oczyszczeniu tego surowca zostanie ci mniej energi na działania z nim związane.
III zasada dynamiki Newtona jeszcze trzepnie całą cywilizację przemysłową przez fundament.
Mam na myśli eksternalizowane zanieczyszczenia . Bo nie są obsługiwane na bieżąca tylko wywalane. I to się zbiera. Co roku jest gigantyczna nadwyżka . Śmieci i Toksyn które gromadzą się i dają efekty uboczne.
Im wiecej zanieczyszczeń tym mocniej będą walić po cywilizacji przemysłowej.
Aż w końcu uniemożliią działanie tego systemu.

Wiesz sam że cywilizacja przemysłowa nie może zadowalać się brudną mazistą ,zasyfioną siarką, naftą która w konsystencji przypomina bardziej ciężkie błoto niż lekki płyn.
Mówię o obecnym stanie złóż. Im więcej wysiłku muisz włożyć w doprowadzenie tego do ładu i składu tym mniej zostanie ci na inne działalności.

Dlatego właśnie te dogmaty nieskończonego wzrostu zostaną zniszczone.
Prawa Fizyki nie będą sobie pozwalać na takie wyczyny. Przygrzmocą cywilizacji przemysłowej tak mocno że nie wstanie.
Jak Grawitacja, Termodynamika i ignorowana 3 zasada dynamiki newtona zaczną działać to się skończą te ekonomiczne wygłupy. I bzdurne teorie wymyślone przez psychopatów i zwyrodnialców.
Raz na zawsze skończy się drukowanie pieniądza bez pokrycia.
Nadchodzi wielkimi krokami dzień.
Dzień w którym dalsze funkcjonowanie obecnego systemu będzie niemożliwe.
Dzień w którym skończy się Ignorancja.
Dzień Nagłej brutalnej windykacji długów ekologicznych.

Póki system działa póty działa. Jeszcze. Bo to czy za rok to że będzie działać nie jest wcale oczywiste.

20.03.2020 2:02 gupol(szukam w OZE)

jeden mały epizodzik wirusowy i globalna cywilizacja legnie w gruzach...

widzę że jak zwykle w takich sytuacjach następuje wysyp nawiedzonych apokaliptyków.

a prawda jest taka że póki co, obecny kryzys jest bardziej psychologiczny niż realny.
owszem ludzie mogą posiedzieć w domu 2, 3 nawet 4 tygodnie ale za chwilę stwierdzą że mają dość tej kwarantanny i chcą wrócić do starego kieratu. a jak zachorują? to zachorują i ch..j.
w końcu śmiertelność tego wirusa w grupie wiekowej 0 - 45 lat wynosi jakieś 0.05%.
to nie grypa hiszpanka która zabijała głównie młodych i zdrowych ludzi w sile wieku.
nikt nie poświęci własnej przyszłości i dobrobytu żeby uratować kilka tysięcy emerytów, transplantyków i nieuleczalnie chorych którym i tak zostało góra parę lat życia.
dziwne że wszystkie wysokorozwinięte kraje świata tak masowo zbagatelizowały pojawienie się zainfekowanych osób na swoim terytorium. mimo że wysoka zaraźliwość tego wirusa była powszechnie znana.

20.03.2020 9:41 Wojtek Sz.

Ja się zastanawiam jednak nad tym, że problem, o którym pisze Marcin Popkiewicz nie musi dotyczyć wszystkich. Są na świecie ludzie, którzy nie żyją z kredytu i nie mają nawet oszczędności i nadal prowadzą coś w rodzaju gospodarki naturalnej, z dnia na dzień. Takim ludziom bank służy do bycia skarpetą. Wydaje mi się, że tacy nawet w krajach wysokorozwiniętych - przeciętny Polski rolnik rodzinny prawdopodobnie nie musi wciąż kupować jedzenia, jeśli chce się najeść, chyba, że chce się żywić wykwintnie. Choć oczywiście kupuje ropę i uprawia pole kombajnem, jednak możliwe, że gdyby miał pracować tylko dla siebie, to dałby radę bez tego (i ile pamięta stare techniki uprawy). W wielu krajach, gdzie co prawda słyszymy głównie o głodzie i chorobach ludzie tak żyją. Może nawet jest ich więcej, niż bogatych - takich jak my, którzy teraz się pozamykali w domach w obawie przed wirusem.

I chyba warto też powiedzieć, że o ile wielki kryzys może być końcem świata jaki znamy, to nie musi być końcem świata w ogóle. Banki powstały dopiero w 15 wieku we Włoszech (teraz tam ludzie umierają), a wcześniej za długi zostawało się niewolnikiem, ale tylko pod warunkiem, że się te długi miało. A wiele ludzi długów po prostu nie miało i żyli z dnia na dzień. Żeby nie wspomnieć o nie do końca zbadanej gospodarce indiańskiej (w Ameryce Północnej przed najazdem Europejczyków), gdzie jak do dziś sądzimy, że życie było dość idyllicznie prospołeczne i ekologiczne jednocześnie. Także świat, w którym "nie przybywa nam co roku" jest możliwy.

Pozostaje jeszcze dużo pytań, np. czy taki świat jest możliwy z 8 mld ludzi na pokładzie Ziemi, czy wszyscy się z tym pogodzą (na pewno nie), czy politycy nie wykiwają swoich społeczeństw, czy możemy do takiego świata dojść w sposób pokojowy, czy wystarczy nam do tego zasobów itp. itd. Można takie pytania stawiać, ale sądzę, że taki świat jest możliwy.

20.03.2020 9:56 Wojtek Sz.

Ano pisząc dalej. Są wzorce gospodarek, które nie polegają na wzroście jedynie. Na przykład gospodarka tzw.: niedoboru - nazwana tak dlatego, że oceniono ją według miary gospodarki wzrostu i tzw.: dobrobytu. Przez wielu dziś zwana z pogardą komunizmem, ale jest z punktu widzenia nauki po prostu odmianą gospodarki. Co prawda w formie w jakiej ją opisano jest karykaturą tego o czym myśleli Marks i Engels, ale rozwiązania typu spółdzielnie, kooperatywy są rodem z tamtej gospodarki i są zaprojektowane by przeżyć i w ekonomii dobrobytu i niedoboru.

20.03.2020 16:55 Sylvia

@ WOJTEK SZ

Ja nie wiem. Ludzie na wiele działań się nie raz ni zgodzili.
Jak wielkimi niedoborami jesteś w stanie zarządzać?

Niedobory można przetrzymać ale jak wielkie?

21.03.2020 22:09 Aemstuz

"Dopóki istniał Związek Radziecki, który promował alternatywny system gospodarczy, w krajach kapitalistycznych istniała konieczność utrzymywania systemu atrakcyjnego dla większości społeczeństwa. Wraz z upadkiem ZSRR znikła też alternatywa dla neoliberalnej gospodarki a wraz z nią hamulce dla narastania nierówności i degeneracji kapitalizmu w system, w którym społeczeństwa mają coraz mniej do powiedzenia, a lejce władzy przejmują korporacje."

Czy ja tutaj słyszę pokrzykiwania "komuno wróć!"?

Sporo tutaj stereotypowego myślenia, kwestii podnoszonych już od wielu lat, które miały doprowadzić do upadku światowej ekonomi już dekady, a nawet wieki temu. I jakoś nie doprowadziły. Środowiska mocno lewicowe od dość dawna twierdzą, że żyjemy w ostatnich latach kapitalizmu, podobnie jak pan Korwin-Mikke od lat mówi, że Unia i ZUS już za chwileczkę upadną. No i jakoś nie upadły. I pewnie nie upadną.

Zresztą historia przewidywania takich końców świata jest dużo dłuższa - i zawsze kończyły się tak samo - ludzkość całkiem ładnie przetrwała, a najbogatsi jak zwykle mieli się najlepiej.

Zbieram sobie takie przepowiednie, żeby je weryfikować po jakimś czasie. Dobrze sobie zapamiętam nazwisko autora. Tak więc ryzykuje Pan swoje dobre imię, przynajmniej u mnie ;) Pozdrawiam.

22.03.2020 10:01 Obidankenobi

Chciałbym podziękować autorowi za świetną analizę zamieszczoną w KP oraz ABC Kryzysu Gospodarczego w Czasach Koronawirusa jakos doskonałe i interesujące uzupełnienie. Intryguje mnie jednak pytanie: co jest w takim razie alternatywą? Jeśli gospodarka oparta na wzroście wykładnicznym (a zwłaszcza jej system finansowy na takimże wzroście się opierający) nie ma dalszej racji bytu, to co możemy zaproponować w zamian? Gdyby autor mógł się odnieść do tych pytań, byłbym bardzo wdzięczny.

25.03.2020 23:35 Ewka

Popieram uwagi Wojciecha Sz. Kooepartywy i spółdzielnie to nie wymysł "komunizmu". W Europie rozwinęły się najpierw w Anglii (gdzie działa do dziś partia Cooperatives Party), a we Francji tzw "gospodarka społeczna i solidarna" stanowi prawie 30% PKB. To część gospodarki, która przeszła bez szwanku przez kryzys 2008 roku. Elinor Ostrom dostala Nobla za prace nt. the Commons, obalając mit "homo economicus". W Hiszpanii też są tysiące różnych form tego typu działalności gospodarczej, zaspokajając różne potrzeby ludzi i tworząc dynamiczne społeczności. Samych spółdzierni energetycznych jest już w Europie ok 3500. Zasada prosta: jeden członek jeden głos, a nie jak w kapitalistycznych firmach, gdzie kto ma więcej kapitału ten decyduje. Ale takie formy społeczności tworzą wszędzie tam gdzie biznesowi się nie opłaca. U nas przykładem jest Kooperatywa Dobrze w Warszawie. Ma już 450 członków i jestem pewna, że kryzys jej nie ruszy. Kooperatywa prowadzi dziś dwa sklepy, sprzedające ok. 1000 różnych produktów, w dużej części ekologicznych, wspiera ok setki lokalnych rolników. Członkowie kooperatywy pracują w sklepach, transporcie lub w inny sposób 3 godziny w miesiącu. Dzięki temu mają dostęp do żywności wysokiej jakości po przystępnych cenach. To przykład. Tego typu struktury dotyczą w Belgii i Holandii również sektora opieki, szczególnie poza dużymi miastami, gdzie firmom się nie opłaca dojeżdżać i ceny usług są bardzo wysokie. Ludzie się organizują i współpracują, tworząc różne formy solidarności i budując solidne społeczności. Poza "systemem". Post-wzrost i tak przyjdzie, prawdopodobnie będą jego rożne modele, w zależności od historii i tradycji. W krajach post-komunistycznych będzie trudniej, bo współpraca między ludźmi jest utrudniona.

Dodaj komentarz

Kod
grakalkulator kalkulator zuzycia ciepla

Informacje

  • Polecane materiały
    Portal "Ziemia na rozdrożu" powstał w 2008 roku. Opublikowaliśmy tysiące artykułów, materiałów medialnych, książki i komiksy. W tej sekcji znajdziesz linki do różnych ciekawych materiałów.Polecane książki(...)

    więcej »

  • Świat na Rozdrożu - wykresy
    "Świat na rozdrożu" przedstawia powiązania między systemem finansowo-gospodarczym, zużyciem energii i zasobów oraz podlegającym coraz większej presji środowiskiem. Pokazuje, jak kształtują się i zmieniają powoln(...)

    więcej »

  • Przewodnik do sceptycyzmu globalnego ocieplenia
    Sceptycyzm naukowy jest zdrowy.  Właściwie to nauka z natury jest sceptyczna. Prawdziwy sceptycyzm oznacza rozważenie całości dowodów przed wyciągnięciem wniosków. Jeśli przyjrzymy się bliżej argumentom wyr(...)

    więcej »

  • Źródła informacji o klimacie
    Adresy stron internetowych, zawierających kluczowe dane i informacje o klimacie. Satelitarne pomiary temperaturyRemote Sensi(...)

    więcej »

  • Marcin Popkiewicz w mediach
    "O co chodzi"TEDx - Czy globalne ocieplenie jest faktem?, maj 2017 Klimatyczne fakty i mi(...)

    więcej »

Linkownia

Wykonanie PONG, grafika GFX RedFrosch.



logowanie | nowe konto