Ekonomia w Czasach Kryzysu: Czas Przemian

Aby wyjaśnić, jak będzie wyglądać transformacja naszej cywilizacji w kierunku bardziej zrównoważonego korzystania z zasobów natury posłużę się przykładem obrazującym jak złożony system (taki jak cywilizacja przemysłowa) zachowuje się w czasach wzrostu.

Wyobraź sobie, że jest rok 1928, a Ty od czternastu lat pracujesz jako urzędnik w Brytyjskiej Admiralicji. Twoje godziny pracy upływają na zliczaniu danych i pisaniu nudnych raportów. Chciałbyś awansować na wyższe stanowisko, ale do tego musiałbyś wykazać się większym wpływem w Admiralicji, a także zdolnościami przywódczymi.

Pewnego dnia wpadasz na sprytny plan. Udajesz się do działu personalnego i zgłaszasz, że z powodu nawału pracy, jaki na ciebie spadł w ostatnim czasie potrzebujesz do pomocy dwoje współpracowników. Jeśli budżet Admiralicji pozwala na nowe etaty, a ty masz szczęście, twoje podanie zostanie rozpatrzone pozytywnie i wkrótce możesz podzielić swoje zadania pomiędzy dwoje podwładnych. Od tej pory musisz dbać, aby praca była rozdzielona pomiędzy nich w taki sposób, aby żaden nie był na tyle samodzielny, aby móc wykonywać twoje dotychczasowe zadanie za ciebie. Byłby wtedy bowiem twoim konkurentem do awansu. Każdy z twoich dwojga podwładnych chce zająć twoje miejsce i wie, że aby tego dokonać musi wykazać się wpływem, oraz zdolnościami przywódczymi. Nie będziesz zatem zdziwiony, jeśli po pewnym czasie okaże się, że zadania, które niegdyś wykonywałeś sam, teraz wykonuje łącznie 7 osób.

Rys. 1. Zwiększenie zespołu piszącego raporty z 1 do 7 osób przynosi korzyści każdej z zatrudnionych osób, zaś koszty tej operacji zostają przerzucone na społeczeństwo. Co ciekawe żadna z osób piszących raport nie pozostaje bez zajęcia. Gdy szef zleca zadanie podwładnemu, obaj muszą poświęcić czas na ustalenie zakresu zadania i przekazanie efektu pracy po wykonaniu, podwładny musi bardziej przyłożyć się do zadania, aby wykonać je w sposób, jaki życzy sobie szef (a nie w sposób, w jaki sam by zadanie wykonał), a na końcu szef sam sprawdza i poprawia efekt końcowy. Dodatkowo szef musi poświęcić czas na szkolenie nowego pracownika, pilnowanie go, oraz organizowanie zastępstwa w czasie urlopu pracownika.

Każdy z aktorów tej historii zachowuje się w sposób racjonalny i działa zgodnie z regułami gry w swoim najlepszym interesie. Ty chciałeś zwiększyć swoją szansę na awans, więc zbudowałeś zespół, który nie wykonuje nic ponad to, co niegdyś wykonywałeś sam. Twoi podwładni zapragnęli zająć twoje miejsce, więc sami wykazali się inicjatywą i znaleźli sobie nowych podwładnych. Przyszli pracownicy Admiralicji dobrowolnie zgłosili się do pracy w instytucji, która oferuje bezpieczeństwo i komfortowe warunki pracy, pewność zatrudnienia do emerytury, a także całkiem przyzwoitą pensję i możliwości awansu.

W podobny do opisanego sposób działa każda ludzka organizacja która znajdzie się w środowisku nieograniczonych zasobów. Jeśli np. w średniowiecznej wiosce odkryte zostanie łatwo dostępne złoże węgla, to kowal, który niegdyś chodził do lasu po drewno do swojej kuźni może zatrudnić dwóch współpracowników – jednego do kopania węgla i drugiego do kopania rudy żelaza. Sam skupia się wtedy na wytopie i kuciu żelaza, dzięki czemu może wykonać znacznie więcej podków niż dotychczas. Jeśli złoża są odpowiednio bogate, to również kopacze mogą zatrudnić podwładnych, na przykład do wożenia urobku taczkami, lub kupowania jedzenia.

Póki warunki na to pozwalają, kuźnia będzie rosnąć, pochłaniając coraz większe ilości węgla, rudy żelaza i drewna konstrukcyjnego. W przeciwieństwie do Admiralicji, efektywność kuźni (mierzona produkcją stali lub raportów w przeliczeniu na pracownika) wzrasta wraz ze wzrostem złożoności. Dzięki temu kuźnia może eksportować i importować towary na coraz większą odległość oraz budować i utrzymywać coraz bardziej skomplikowane maszyny.

Współczesny świat działa jak jedna wielka Kuźnia, wewnątrz której powstało mnóstwo mniejszych i większych Admiralicji. Działalność Kuźni wymaga ciągłych dostaw surowców nieodnawialnych (np. węgla), surowców odnawialnych, które mogą być w sposób zrównoważony pozyskiwane tylko w ograniczonej ilości (np. drewna na narzędzia), oraz siły roboczej na tyle dobrze wynagradzanej i zmotywowanej, aby chętnie poświęcała swoje życie na pracę w Kuźni. Piece i kopalnie wchodzące w skład Kuźni produkują też odpady, które każdy stara się wywieźć poza swój teren, tak aby koszty z nimi związane ponosił ktoś inny (najlepiej ktoś spoza Kuźni).

Admiralicje teoretycznie nie potrzebują węgla, ani rudy żelaza, a jednak spotyka się je tylko tam, gdzie istnieją odpowiednio duże Kuźnie. To nie przypadek – tylko w miejscach, gdzie wytapia się bardzo dużo żelaza może zaistnieć zapotrzebowanie na admirałów, księgowych, bankierów, prawników i regulatorów. W początkowym okresie swojego istnienia Admiralicje pomagają organizować pracę Kuźni, ale szybko rozrastają się ponad swą rolę i zaczynają pasożytować na dochodach wypracowanych przez Kuźnię.

Wzrost zużycia zasobów przez Kuźnię powoduje wzrost ich jednostkowego kosztu, zwłaszcza jeśli są to zasoby nieodnawialne. Jeśli liczba pracowników Kuźni rośnie, to trzeba sprowadzać dla nich pożywienie z coraz większej odległości, a więc koszt każdego bochenka chleba rośnie. Jeśli węgiel na powierzchni się skończył, trzeba zejść pod ziemię, drążyć chodniki i stemplować ściany. Ze wzrostem kosztów częściowo można sobie radzić stosując bardziej skomplikowane technologie, lub importując część surowców z dalekich stron – krańcowym przykładem jest obecna cywilizacja przemysłowa wykorzystująca najbardziej skomplikowaną technologię w historii, oraz łańcuchy dostaw oplatające całą planetę.

Co się stanie, jeśli zasoby, z których korzysta Kuźnia zaczną się kończyć? Do pewnego stopnia może pomóc nowa technologia – jeśli skończyło się drewno na stemple, można podeprzeć strop kopalni stalowymi dźwigarami i kopać węgiel dalej. Jeśli dobra ruda żelaza się skończyła, można sięgnąć po kiepskiej jakości takonit, który przed wrzuceniem do pieca wymaga zmielenia, oddzielenia tlenków żelaza od skały płonnej przy pomocy elektromagnesu i sprasowania tlenku żelaza w pastylki. Można też postawić większe i bardziej skomplikowane piece, które zużywają trochę mniej węgla na tonę wytopionej stali, ale za to znacznie więcej węgla w przeliczeniu na piec.

Te wszystkie technologie umożliwiają przetrwanie Kuźni, a nawet pozwalają przez pewien czas zwiększać produkcję, ale powodują wzrost kosztów ponoszonych przez gospodarkę, bo coraz więcej zasobów trzeba poświęcać na radzenie sobie z problemami wyczerpywania złóż i rosnących hałd odpadów, a coraz mniej żelaza zostaje na inne potrzeby.

Na tym etapie Kuźnia nie jest już zarządzana przez Kowala-Założyciela, ani przez nikogo, kto kiedykolwiek pracował jako kopacz czy piecowy. Teraz zarząd nad poszczególnymi segmentami działalności przejęli admirałowie, księgowi, bankierzy, prawnicy i regulatorzy. Ich wiedza i kompetencje nie mają nic wspólnego z rudą, żelazem, czy węglem, są za to mistrzami w takim sterowaniu złożonymi systemami, aby osiągać korzyści ich kosztem.

Gdy strumień bogactwa wytwarzanego przez Kuźnię przestaje rosnąć, pierwszą troską admirałów jest taka reorganizacja pracy Kuźni, aby ilość trafiającego do nich bogactwa rosła dalej, a przynajmniej pozostawała na tym samym poziomie. Po pierwsze zmniejszają inwestycje w nowe piece – to akurat jest rozsądne, skoro podaż węgla już nie rośnie. Ponieważ Kuźnią zarządzają admirałowie i im podobni, większość zaoszczędzonych środków trafia do instytucji w rodzaju Admiralicji. Następnie obcięte zostają wynagrodzenia dla pracowników oraz środki na edukację, ochronę zdrowia i emerytury. Pracownicy Kuźni nie są w stanie temu zapobiec, bo nie mają takich wpływów jak Admiralicje, a ponieważ żaden z nich nigdy nie pracował poza Kuźnią, nie są w stanie wyobrazić sobie życia bez pieców i ich produktów. Admirałowie szukają też nowych źródeł przychodów dla Kuźni. Próbuje się zachęcić ludzi do zastąpienia innych materiałów żelazem nawet w tych zastosowaniach, gdzie lokalnie obrabiany kamień i drewno sprawdzają się zdecydowanie lepiej od produktów z Kuźni. Gdy marketing i moda nie działa, admirałowie stosują przymus. Mogą np. wydać rozporządzenie, że żywność produkowana przez rolnika używającego kamiennych narzędzi nie spełnia norm i nie wolno nią handlować.

Koszt utrzymania admirałów i im podobnych coraz bardziej zwiększa obciążenie dla systemów, które utrzymują ich przy życiu. Zabranie pieniędzy z funduszu remontowego pieców zwiększa koszty przestojów i wypadków. Obcięcie wynagrodzeń pracownikom sprawiło, że najlepsi odeszli już szukać innej roboty, a ci, którzy zostali, są coraz mniej zdolni i chętni do wykonywania swojej pracy. Nadmierna eksploatacja gleb i łowisk wokół Kuźni sprawia, że nie są już one w stanie dostarczać niezbędnej żywności.

W ostatnich latach istnienia Kuźni większość wysiłków jej pracowników skupia się wokół walki ze wszystkimi innymi o ostatnie ochłapy bogactwa pochodzące z szybów górniczych i pieców. Poszczególni pracownicy Admiralicji walczą zaś o utrzymanie swoich miejsc pracy kosztem kolegów. Naczelna Admiralicja spiera się o budżet z Korporacją Prawników. Prawnicy i regulatorzy nakładają nowe ograniczenia na robotników i rolników. Rolnicy i robotnicy wybierają spośród siebie charyzmatycznego lidera, który przejmuje władzę w Kuźni i pozbywa się bankierów i regulatorów, a następnie podpisuje porozumienie z prawnikami i admirałami i buduje swoją własną Admiralicję. Każdy, kto próbuje wyjść z konstruktywną inicjatywą i zaczyna jakąś produktywną działalność w obrębie Kuźni, szybko zostaje zduszony przez ludzi, którzy nie produkują nic, ale roszczą sobie prawo do każdego wypracowanego przez innych bogactwa.

Czy jest możliwe, aby wyczerpanie zasobów Kuźni skłoniło rządzących nią admirałów do ograniczenia wydobycia węgla, oraz obcięcia własnych przywilejów? Teoretycznie tak, ale każdemu z rządzących bardziej opłaca się dążyć w kierunku katastrofy. Szef 7-osobowego zespołu z przykładu na początku mógłby np. zwolnić część swoich podwładnych i sam zacząć wykonywać ich pracę. Ale admiralicja wyżej ceni tych, którzy przyczyniają się do "postępu" i "rozwoju" organizacji, a nie tych, którzy pracują wydajnie. Szeregowy pracownik ma niższą szansę na podwyżkę i wyższą szansę na zwolnienie, a im więcej pozytywnej inicjatywy przejawia, tym więcej obowiązków nakłada się na jego barki. Podobnie robotnicy – chcą oni utrzymać swój standard życia osiągany dzięki produktom z Kuźni, a jedyną metodą na to jest walka ze wszystkimi wokół. Klasa średnia próbuje walczyć z wpływami admirałów i im podobnych, ale nie ma wpływów pozwalających jej zbyt wiele wskórać. Zamiast tego walczy więc między sobą, oraz odbiera ostatnie przywileje tym poniżej. Dla niektórych obciążenia związane z życiem w Kuźni stają się większe, niż korzyści, jakie otrzymują z systemu, a więc podejmują logiczną decyzję o opuszczeniu Kuźni i rozpoczęciu życia bez węgla.

Gdzie należy się ustawić, gdy Kuźnia zaczyna chylić się ku upadkowi? Najlepiej jak najdalej od Kuźni. Ci, którzy umieją żyć bez żelaza, a przy tym nie mają nic wartego krad...opodatkowania przez admirałów i prawników z Kuźni, prawdopodobnie przetrwają upadek Kuźni bez większych przeszkód (choć ciągle będą ponosić skutki zanieczyszczeń z Kuźni, a ich dzieci mogą zginąć z rąk bandytów z ruin Kuźni).

A co z nami, pracownikami Kuźni?

Pewna część z nas zdecyduje się wyprowadzić z dala od Kuźni zabierając ze sobą tylko te narzędzia z żelaza, które są przydatne poza Kuźnią. To rozsądne i chwalebne, życzmy im powodzenia. Niektóre technologie opracowane w obecnej Kużni mogą być utrzymywane również przez społeczności, które nie korzystają z węgla. Inne technologie są zbyt skomplikowane, aby można było z nich korzystać w świecie po paliwach kopalnych, ale są na tyle trwałe, że przynajmniej przez kilka pokoleń mogą służyć emigrantom z huty. Część wiedzy naukowej i kulturalnej wytworzonej w Kuźni również zostanie zachowana po jej upadku – jeśli tylko znajdą się ludzie, którzy przechowają ją przez najtrudniejszy okres.

Ci z nas, którzy zdecydują się pozostać w Kuźni, powinni przygotować się na ciężkie czasy. Niebawem ilość żelaza dostępna każdemu z nas zacznie się zmniejszać, a admirałowie zrobią wszystko, co w ich mocy, aby zatrzymać dla siebie jak najwięcej żelaza naszym kosztem. Będą zniechęcać i zabraniać nam używania drewna nawet tam, gdzie żelazo ewidentnie się nie sprawdza. Będą zmuszać nas do coraz cięższej pracy za coraz niższe wynagrodzenie. Prędzej, czy później pozbędziemy się admirałów i im podobnych (marny będzie ich los), ale na ich miejsce przyjdą ludzie jeszcze gorsi. Ponieważ prawie wszystkie technologie które znamy opierają się na żelazie, ostatni władcy Kuźni będą zajęci wyłącznie rabowaniem żelaza gdzie się da i opłacaniem nim swoich najemników.

Po upadku Kuźni jeszcze przez jakiś czas żelazo będzie krążyć w obiegu, choć wobec braku kopalń, pieców, czy nawet dymarek, jego jakość i ilość będzie się szybko pogarszać. W świecie pełnym rabusiów nikt nie produkuje więcej, niż jest mu niezbędnie potrzebne, a posiadanie wartościowych przedmiotów przynosi zgubę. Gdy ostatni kawałek żelaza wart rabunku zostanie zrabowany i podzielony na mniejsze, skończą się czasy rabusiów i zaczną lepsze czasy dla tych, którzy pracują i wytwarzają. Krajobraz po upadku Kuźni będzie pełen hałd odpadów, wyjałowionych gleb i zubożonych ekosystemów, jednak nasza planeta radziła już sobie z podobnymi problemami i wiele gatunków (w tym nasz) będzie potrafiło w takim środowisku przetrwać i się rozwijać.

Ale nie wszędzie upadek jest tak dramatyczny. Wokół Kuźni będą rozwijać się nowe osady, w których potomkowie emigrantów z Kuźni będą wytapiać żelazo przy użyciu lokalnych surowców, zaspokajać wszystkie swoje potrzeby przy użyciu odnawialnej energii i cieszyć się życiem takim, jakie jest. Będą używać innego zestawu technologii, niż pracownicy Wielkiej Kuźni – część technologii z czasów węgla nie daje się dostosować do nowej sytuacji, część technologii można by nadal utrzymywać, ale po co, skoro ograniczone zasoby można zagospodarować innymi technologiami z lepszym efektem?

Końcem dotychczasowego porządku nigdy nie jest powrót do punktu wyjścia, ale nowy porządek. Ludzie, którzy przetrwają upadek Kuźni zbudują dla siebie inny świat, który będzie różny zarówno od Wielkiej Kuźni, jak i od czasów sprzed Kowala-Założyciela. Gdybyś zapytał ich, jak żyje im się w świecie bez węgla i jego produktów, odpowiedzieliby "Normalnie". Tak samo odpowiedziałby Twój dziadek, gdybyś zapytał go, jak się żyło bez ciągłych powiadomień na smartfonie, albo gdyby to dziadek zapytał Ciebie, jak żyje ci się bez codziennych dostaw swieżego mleka pod drzwi Twojego domu.

Dlatego uważam, że Czas Wielkich Przemian jest również czasem nadziei. To od dzisiejszych wyborów zależy, jak będzie wyglądało życie po węglu. Nowy świat nie będzie tworzony przez Admirałów ani polityków, ale przez tych, którzy odważą się zrezygnować z części przywilejów, jakie daje Kuźnia, aby zachować zasoby, wiedzę i cenne umiejętności dla przyszłych pokoleń. Warto iść tą drogą. 

Bernard Swoczyna

Komentarze

19.12.2016 10:10 Wszystkowiedzący

Czas przemian, rewolucji i cofnięcie do 19 wieku nas czeka.
Warto iść tą drogą.

19.12.2016 13:52 WJ

Autorowi gratuluję idealnie przyswajalnej formy podania złożonej wiedzy dla intelektów nieskażonych wysiłkiem i życzę, aby to kompendium ( :) ) trafiło do najszerszego grona, zwłaszcza tych z ul Wiejskiej, a najlepiej do Wyborców, także tych zza oceanu.

19.12.2016 20:39 Nowicjusz

A tymczasem przyszłość może być całkiem inna i znacznie ciekawsza
https://michalpyka.blogspot.com/2016/12/metan-i-globalne-ocieplenie-drugi.html

20.12.2016 20:10 adaś

"Gdzie należy się ustawić, gdy Kuźnia zaczyna chylić się ku upadkowi? Najlepiej jak najdalej od Kuźni."

Całe dorosłe życie próbuję, ale to nie takie proste.
W kuźni jest przychodnia i kilku dobrych lekarzy specjalistów. Przyjmują "za darmo" :D
Dentysta i optyk każą sobie płacić,ale dzięki kuźni mają dobry sprzęt.
Daleko stąd może tego nie być. Dużo łatwiej rozstać się z kuźnią będąc pięknym i młodym. Albo chociaż młodym i zdrowym.

P.S. Bardzo fajny artykuł. Tylko czemu nie pisać wprost o biurokracji tylko używać słów zastępczych ?

@Wszystkowiedzący
Zwróć uwagę na te słowa:
"Końcem dotychczasowego porządku nigdy nie jest powrót do punktu wyjścia, ale nowy porządek. Ludzie, którzy przetrwają upadek Kuźni zbudują dla siebie inny świat, który będzie różny zarówno od Wielkiej Kuźni, jak i od czasów sprzed Kowala-Założyciela"

Nie ma powrotu wprost do XIX wieku. Inna wiedza inne zasoby i inne umiejętności. Zawody które zanikły nie odtworzą się w identycznej postaci.
Kiedyś znalazłem w mieszkaniu po cioci urządzenie. Wyglądało na przedwojenne. Obok było drugie, bardzo podobne, ale mniej starannie wykonane- chyba już po wojnie. Ktoś musiał przecież go używać, ale nie mogliśmy wymyślić do czego. Mama też nie wiedziała. Gdy ponownie zetkniemy się z pracą którą to urządzenie ułatwiało zapewne wymyślimy coś innego.

22.12.2016 22:05 bushman

Słusznie wskazujesz, że histereza nie pozwoli na powrót do sytuacji z przeszłości. Zauważ, że może również nie pozwolić na przedstawiony tu scenariusz decentralizacji. Choćby dlatego, że scentralizowane struktury (jak np. Europa czy NATO) dysponują technologiami militarnymi działającymi na zasadzie ideologii odstraszania. Jeśli te struktury się rozpadną, to kto zagwarantuje, że zamiast idylli małych autarkicznych wiosek, zderzymy się z antyutopią dysponujących bronią atomową, chemiczną, biologiczną... albo po prostu wozem pancernym z cekaemem - watażków? A przecież to nie będzie tak, że wszystkie źródła energii nagle znikną. Jedni je roztrwonią na podtrzymanie do końca balu na tytanicu, ale inni mogą zainwestować w militaryzację, no nie?

Zresztą czy to naprawdę jest rozsądny plan na przyszłość? To przyszłość w której ludzkość być może straciłaby możliwość samodzielnego zniszczenia planety, ale też straciłaby zdolność przeciwstawiania się kataklizmom naturalnym, poznawania świata, uprawiania jakiejś bardziej zaawansowanej kultury i sztuki...

23.12.2016 17:49 Coyote

@ BUSHMAN zajrzyj do portfela . Co tam znajdziesz ? Wymięte kawałki papieru z podobiznami warlordów z przed wieków .
Są środkiem płatniczym bo stoi za nimi potęga administracji , armii i gospodarki .
Jakby jutro ogłosili że oficjalnym środkiem płatniczym na terenie RP są muszelki to byś bez szemrania płacił nimi .
Papier przesłania ci stojącą za nim siłę .
Bez niej jest niczym , a siłą bez niego jest nią nadal . Jesteśmy poddanymi ubranych w garnitury watażków . Prawo jest prawem nie dlatego że zostało tak napisane ale dlatego że gdy je łamiesz depczesz po odciskach SILE , która chce mieć ład i porządek bo wtedy jest co ściągać w podatkach .
Rządy biurokratów udających że ich władza wypływa z mętnych paragrafów nie są moralnie lepsze od władzy lokalnego "Starosty" opartej na grupie bojowników i dwóch zdezelowanych T 72 .
Wszystko zależy od konkretnych ludzi .
I jak ciśnie o podatki centrala w osobie pana lennego czy premiera .

BMR tak bym się nie martwił . Współczesne wymagają wysoce wyspecjalizowanych środków przenoszenia . Utrzymanie ich "na chodzie" już teraz wymaga morza surowców i tysięcy wykwalifikowanych specjalistów .
Co nie zostanie użyte na samym początku wstrząsów potem będzie warte tyle co talibańskie stingery .

PS wycieczki all inclusive , pop sieczka lady gagi , miley cyrus czy fekalno-porno "sztuka" współczesnych "artystów" to nie jest nic za czym ludzie będą płakać . Prędzej za lodówkami , pogotowiem ratunkowym i szczepionkami na wściekliznę .

25.12.2016 22:02 bushman

@coyote

Oczywiście, że za ściąganiem podatków stoi aparat represji. Ale jest to represja nieco innego rodzaju niż ta która stoi za podatkiem pożarowym ściąganym przez zdecentralizowany aparat przemocy.
Nawet jeśli groźbę sądzenia się z państwem zrównasz z groźbą poderżnięcia gardła czy puszczenia obejścia z dymem, to nadal pozostaje kwestia na co ów podatek jest wydawany.
Dziś większość podatków idzie na różnego rodzaju kwestie socjalne, emerytury, renty, służbę zdrowia, utrzymanie infrastruktury, trochę na inwestycje, idzie też na egzekwowanie pewnych regulacji itd. Może się nam nie podobać jakość tych usług, może czasem nas uwiera, jak państwo nam czegoś zabrania, ale w podatki pożarowe idą w całości na utrzymanie watażki i jego armii, nie dając płatnikom żadnej wartości dodanej.

Co do środków przenoszenia BMR, to tak, dziś wymagają takich, bo scentralizowane państwa mają różne systemy obrony granic, obrony powietrznej itd. Bez tego, wystarczy podwieźć bombę furmanką.

Co do współczesnej kultury to zapewne jest w niej wiele rzeczy bezwartościowych i niskich lotów, ale ja nie o tym. W świecie w którym jest pewna nadwyżka zasobów do zagospodarowania, jest miejsce dla twórców, z których jedni zostają zapamiętani na wieki, a inni przepadają po swojej minucie sławy. W świecie bez takiej nadwyżki, w świecie totalnie zdecentralizowanym - nie będzie po prostu miejsca ani na jednych ani na drugich. Nie będzie ani sztuki współczesnej ani antycznej. Co najwyżej ktoś po godzinach zrobi grafiti albo zaśpiewa coś sobie.

28.12.2016 23:35 Coyote

W obecnym systemie też masz podpalenia i groźbę poderżnięcia gardła . Starczy że twoje długi kupi ktoś kto się nie patyczkuje , czy masz nieruchomość którą ktoś BARDZO chce mieć .
Podobnie konfiskaty majątku za urojone długi (słynna sprawa traktora zabranego przez komornika za długi sąsiada , wierzchołek góry lodowej)
Usługi socjalne wynikają nie z dobrego serca tylko zimnych obliczeń gdzie ktoś kiedyś kalkulował wydajność pracy i prawdopodobieństwo niepokojów społecznych .
Problem że to jest system działający tylko w określonych warunkach , tania energia .
Bez niej nastąpi przywracanie do którejś z poprzednich , mniej wymagających wersji .

Użycie nowoczesnych głowic BMR inaczej niż z dedykowanymi środkami przenoszenia jest cholernie trudne . Nikt nie chce robić prezentu wrogim grupom dywersyjno-rozpoznawczym które działając na tyłach mogłyby coś przejąć .
Nie odpalisz głowicy termojądrowej zwierając kable czy obkładając ją semteksem . Będzie tylko pierdnięcie brudnej bomby .
Wyjątek , stare ładunki z lat 50-60 , urządzenia dywersyjne , nie wyposażone jeszcze w zabezpieczenia prototypy . Margines .
Broń biologiczna i chemiczna wymaga odpowiedniego rozpylenia . Znowu środki przenoszenia .

Zejście do poziomu XVIII-XIX wieku to coś więcej niż malowidła naskalne i śpiewy przy ognisku .
Etniczne państwa narodowe i nawet potężne imperia były na dłuuugo przed erą kopalin .
Pojęcia nie mam skąd ten mit upadku do epoki kamienia o kamień łupanego .

30.12.2016 22:26 bushman

@coyote

Przecież w tym artykule jest właśnie taka wizja: całkowicie zdecentralizowanej cywilizacji. To nie ja wymyśliłem, tylko autor, na siłę naginający prognozy do swoich wyobrażeń o sielskim życiu.
Ja piszę, że to nie jest ani możliwe, ani takie sielskie na jakie może komuś wyglądać.

02.01.2017 9:37 Autor Artykułu

@ Bushman

Na jakiej podstawie uważasz, że przyszłość w której doszło do całkowitej decentralizacji nie jest możliwa?

06.01.2017 18:34 bushman

Hm, pisałem o tym w poprzednich komentarzach. Teraz może z innej strony: wiesz co to jest ESS? Strategia Ewolucyjne Stabilna. To kluczowe pojęcie które może pozwolić odróżnić nierealną utopię od tego co może być zrealizowane.
Spójrzmy na to tak: jeśli ludzie będą w stanie wypracować JAKIEKOLWIEK nadwyżki ponad to co potrzebne do przeżycia, to ktokolwiek opanuje nadwyżki pewnej grupy ludzi, będzie dysponował siłą pozwalającą mu anektować kolejne zdecentralizowane grupki. Tak więc albo ludzie sami się zorganizują w zabezpieczającą ich strukturę, albo ktoś zrobi to siłą.
Ponieważ ludzkość już to przerabiała i wiedza o tym raczej tak łatwo nie zaniknie, to nie trzeba będzie prochu odkrywać, wystarczy czerpać z rozwiązań które działały w przeszłości, kiedy nie znano skoncentrowanych źródeł energii.

06.01.2017 22:42 Autor Artykułu

@ Bushman

Jeśli ludność zamieszkująca dane terytorium wytwarza duże nadwyżki, to jest w stanie utrzymać scentralizowany "aparat represji". Tak powstają cywilizacje - każda z nich trwa ok. tysiąca lat, a potem upada w wyniku nadmiernej eksploatacji ludzi wytwarzających nadwyżki - ale to temat na osobny artykuł.

Jeśli ludność wytwarza małe nadwyżki, to nie ma z czego utrzymać "dwóch zdezelowanych T-72". A więc gdy zasoby do zrabowania się skończą, a technologie militarne z minionych czasów przestaną działać, rabusie znikną. To nie jest szybki proces - upadek cywilizacji zajmuje zwykle ok. 300 lat.

Dla społeczeństw wytwarzających bardzo małe nadwyżki - np. Indian Ameryki Północnej, arabskich pasterzy-nomadów, lub rozbitków dowolnej upadłej cywilizacji, ESS polega na braku jakiejkolwiek struktur powyżej poziomu plemienia (kilkaset-kilka tysięcy ludzi).

07.01.2017 1:02 bushman

No tak. Pod warunkiem, że nie da się wytworzyć żadnych nadwyżek, to po setkach lat może dojść do takiej sytuacji, ale pozwolisz, że do takiej ewentualności nie będę tęsknił.
A potem co? Powtórka z rozrywki tylko w gorszym świecie?

07.01.2017 11:28 Autor Artykułu

Ja też wcale za taką sytuacją nie tęsknię. Upadek cywilizacji oznacza utratę naprawdę wielu wartościowych rzeczy. Chciałbym, aby Cywilizacja Zachodnia nie powtórzyła losów Kuźni. Ale wiem, że są rzeczy, których ani ja, ani nawet wszyscy czytelnicy tego portalu nie potrafią zmienić.

To, co możemy zmienić, to lepiej zaadaptować się do przyszłości, która nas czeka - ograniczyć konsumpcję, rozwijać niezależność od gospodarki opartej na paliwach kopalnych (tam, gdzie się da), chronić środowisko, a przede wszystkim mówić otwarcie o przyszłości, która nas czeka – dzięki temu uda nam się utrzymać znośny standard życia w kurczącej gospodarce, unikniemy szoku i depresji wynikłej z przepaści pomiędzy rosnącymi oczekiwaniami a malejącymi szansami, a także zostawimy potomnym lepszy świat niż gdybyśmy żyli „jak zawsze”.

To, co starałem się przekazać na końcu artykułu, to że zarówno w rosnącej cywilizacji, jak i w upadającej cywilizacji, jak również poza cywilizacją można prowadzić normalne ludzkie życie – normalne z punktu widzenia ludzi, którzy tak żyją, a to przecież jedyna perspektywa, która się liczy.

Nasza długość życia jest bardzo krótka z punktu widzenia procesów, które opisuję. Dlatego nie pisałem o ESS, tylko o transformacji od obecnego stanu rzeczy (bardzo dalekiego do ESS), do czegoś co będzie znacznie bliższe ESS.

07.01.2017 11:47 bushman

Jest cały szereg innych możliwości:
2. To czego potrzeba na dziś, to globalny system kontroli urodzeń i lepsze źródła energii. Wtedy można sobie wyobrazić zrównoważony rozwój przez bardzo długi czas.
3. Jeszcze inna możliwość - niewielka grupka najbogatszych ludzi, powiedzmy - przysłowiowy 1% może wyeliminować ludzi z procesu zaspokajania swoich potrzeb i resztę ludzkości zlikwidować w ten czy inny sposób.
I jeszcze wiele innych scenariuszy może się wydarzyć.
Z tych trzech to ja bym się bił o ten nr 2.

07.01.2017 20:44 Autor Artykułu

Co do rozwiązań, które proponujesz w punkcie 2 – pełna zgoda. Chociaż w naprawdę wielu krajach (nie tylko bogatych) populacja dąży do stabilizacji lub spadku samoczynnie, bez konieczności budowy globalnego systemu.

Nie sądzę natomiast aby to, o czym piszesz jako punkt 3 było możliwe – człowiek, który ma trochę wolnego czasu i pieniędzy zawsze wymyśli jakąś potrzebę, do której wymagana będzie praca człowieka. Potrzeb bogacza nie zaspokoi ani grający telewizor, ani gra na smartfonie.

To, co by nam się przydało to odklejenie pojęcia „rozwoju” od „wzrostu” i „postępu”. W naturalnym ekosystemie (np. lesie) cały czas rozwija się masa organizmów, z których każdy wiedzie normalne dla danego gatunku życie. Również ludzie powinni umieć odnajdywać sens w życiu, w którym nie mogą liczyć na wieczny wzrost gospodarczy, ani wieczny postęp technologiczny/społeczny.

07.01.2017 23:59 Coyote

Kontrola urodzeń to ponury żart biorąc pod uwagę że 10% najbogatszych zużywa 50 procent surowców ...

Różnica między życiem w grupie klanowej niczym w dzisiejszej Somalii czy Afganistanie a wiosce będącej trybikiem w imperialnej maszynie jakiegoś satrapy jest fundamentalna ale nie na płaszczyźnie poziomu życia .
W pierwszym przypadku nadwyżki zjadają regularne walki z sąsiednimi klanami (co nie znaczy że bieda nie pchnie do ataku na jeszcze bardziej osłabionego sąsiada )
W drugim poborcy podatkowi i werbownicy wojskowi .
Od czego to zależy pojęcia nie mam , niektóre grupy etniczne od tysięcy lat tworzą sobie coraz to nowe satrapie , inne twardo trzymają się systemu klanowego .
Zależność wydaje się bardziej kulturowa niż geograficzna .
Jeszcze inna sprawa , w pierwszym wypadku przetrwanie grupy klanowej warunkuje posiadanie przez jej bojowników najlepszego sprzętu na jaki można sobie pozwolić .
W drugim poddani mogą mieszkać w kurnych chatach ale cwany satrapa będzie utrzymywał technologie militarne na najwyższym poziomie na jaki pozwolą dostępne surowce .
Wątpię żeby mając dostęp do wiedzy , liczące kilkanaście/dziesiąt milionów ludzi imperium miało problem z małoseryjną produkcją stali kruppa czy silnika spalinowego .

08.01.2017 17:57 bushman

@ Autor
1. Populacja dąży do stabilizacji w różnych miejscach z różnych powodów:
a. W niektórych krajach aspiracje konsumpcyjne ludzi wygrywają z chęcią posiadania dzieci (np. w Polsce)
b. W niektórych populacja osiąga granice pojemności środowiska nawet poszerzone "na kredyt"
c. W Chinach państwo prowadzi świadomą politykę regulacji populacji
Generalnie w każdym z tych przypadków populacje ludzi _ZNACZNIE_ przekraczają pojemność środowiska wykorzystywanego w sposób stabilny, możliwy do utrzymania przez długi czas.

2. Słabe. Jak bogaci ludzie będą mogli sobie produkować jachty, smartfony czy rakiety w całkowicie zautomatyzowanych fabrykach, a tłum ludzi uciekających z pustynniejących albo zalewanych oceanem terenów będzie się dobijał im do ich domów, to się nie będą zastanawiać nad tym jakie potrzeby mogliby wymyślić na bazie kolejnego Syryjczyka czy Meksykanina, ale raczej, jaką francę wypuścić do środowiska, która zje tych wszystkich frajerów którzy nie rozwinęli na tyle biotechnologii u siebie, żeby szybko znaleźć szczepionkę...

3. a. W naturalnym ekosystemie cały czas zachodzi ewolucja czyli postęp i rozwój. Naturalne dla danego gatunku sposoby życia - również ewoluują. Jeśli przez dłuższy czas coś w ekosystemie się nie zmienia, to dlatego, że poszczególne gatunki koewoluują i trzymają się nawzajem w szachu. Ale jeśli w otoczeniu coś się zmienia, albo jeden z gatunków odkrywa coś co daje mu znaczną przewagę nad innymi, wtedy struktura całego ekosystemu się też musi zmienić.

b. Odklejenie pojęcia rozwoju od wzrostu i postępu, co to właściwie ma znaczyć? Jak to ma działać? Zauważ, że po to żeby wymodelować sobie taką sielankę bez wzrostu i postępu, musiałeś w swoim artykule ludziom wyrwać zęby: założyć, że nie będą w stanie wypracować żadnych nadwyżek nad to co potrzebne dla prostego przeżycia i tylko ścisłe literalne utrzymanie tego bardzo silnego ograniczenia (niby co miałoby takie ograniczenie utrzymywać na dłuższą metę) mogłoby spowodować to, że ludzie nie mogliby wymyślić żadnego sposobu na powtórkę z historii zdobywania świata za pomocą postępu i wzrostu.
Drugie co musisz założyć, to faza dramatycznego upadku, wiążącego się ze śmiercią zapewne większości dziś żyjących ludzi i zniszczeniem całego dorobku techniki i kultury.

Podsumowując: to co dziś jest potrzebne, to odklejenie postępu od wzrostu populacji i dostosowanie wzrostu bezwzględnego (rozumianego jako konsumpcja pomnożona przez wielkość populacji), do pojemności środowiska. Oczywiście na poziomie komplikacji realizacji czy wogóle możliwości wyobrażenia sobie - jest to o wiele trudniejsze od wydawałoby się prostych recept rezygnacji z postępu, skoro zwykle nie udaje się go odkleić od utrzymania rozsądnego zaludnienia i wykładniczego wzrostu konsumpcji.

08.01.2017 18:12 bushman

@coyotte niestety takie są fakty. Nie ma znaczenia, czy ziemię zniszczy hiperkonsumpcja 300 mln Amerykanów, czy rozpaczliwa walka o przeżycie ponad miliarda Hindusów. Jedni alokują nadwyżki w wykładniczym wzroście konsumpcji, drudzy w wykładniczym wzroście populacji, jednak w ograniczonym świecie nie ma miejsca na żaden wykładniczy wzrost. Twierdzenie, że to amerykanie mają moralny obowiązek ustąpić miejsca hindusom a nie odwrotnie - wynika z tego, że bardziej nas porusza głodujący człowiek od kogoś kto miałby sobie odmówić jedzenia nadmiaru mięsa albo jeżdżenia jakimś ekstremalnie nieoszczędnym samochodem. Jeśli jednak oderwiemy się od tych emocji i spojrzymy obiektywnie, to widać wyraźnie, że zatrzymać trzeba i wzrost populacji i wzrost konsumpcji i żadne ustabilizowanie tylko jednej z tych rzeczy nie rozwiązuje problemu.
Co więcej: sytych i bogatych ludzi mimo wszystko łatwiej jest skłonić do rozważań o tym co będzie w odległej przyszłości, niż kogoś kto ma do rozwiązania tu i teraz konkretne problemy - jak nie umrzeć z głodu itd.

09.01.2017 9:49 Autor Artykułu

@ Bushman

1. Pełna zgoda. Niebawem pojawi się kolejny mój artykuł dotyczący pojemności środowiska.

2. Praca ludzka, podobnie jak każde inne dobro, podlega prawu malejących korzyści. A prawo malejących korzyści działa w obie strony. Każdy dodatkowy pracownik przynosi coraz mniejszy zysk, ale idąc w drugą stronę utrata każdego kolejnego pracownika przynosi coraz większą stratę. Od pewnego miejsca bardziej opłaca się zatrudnić kilku robotników, niż kilku specjalistów, programistów i mechaników, którzy zbudują maszynę wykonującą tę pracę. Czy saudyjskiemu księciu będzie chciało się studiować pielęgniarstwo, aby opiekować się innym saudyjskim księciem? Jasne że nie. Chętnie zatrudni Filipińczyka, który zrobi to za niego. Nie musi wymyślać żadnych nowych potrzeb. Wystarczy, że weźmie istniejącą potrzebę i stwierdzi, że zamiast robić coś sam (czego nie lubi), lepiej zatrudnić taniego „Syryjczyka czy Meksykanina”. Bogaci zawsze wspierali feudalizm/kolonializm/offshoring miejsc pracy/imigrację robotników. Dlaczego tym razem ma być inaczej?

3. A co to jest „postęp”? Czy uważasz, że historia człowieka/życia na ziemi/technologii używanych przez człowieka ma naturalną i niepowstrzymaną tendencję do stałego dążenia w jednym, określonym kierunku? Czy masz na to jakieś argumenty?

09.01.2017 20:32 bushman

@Autor
2. Jeśli porównujesz to tak, że ma być kilku tanich pracowników, za kilku drogich specjalistów, to wychodzi Ci to co sobie założyłeś. Ale jeśli będziesz miał taki wybór, że zamiast kilku milionów tanich robotników wystarczy kilku drogich specjalistów?
A Saudyjskiemu księciu wystarczy żona, ewentualnie kilka, a nie miliardy ludzi z Azji czy Afryki.
Zresztą - prawdziwe parcie na takie rozwiązanie będzie tylko w takim scenariuszu, w którym cywilizacja zacznie upadać i to nie będzie wybór pomiędzy różnymi rodzajami hiperkonsumpcji, ale pomiędzy być a nie być - dla tych co będą mieć wystarczająco dużo środków by mieć wybór.

3. Nie uważam, żeby postęp miał zdeterminowany kierunek. Postęp to może być umiejętność reagowania na zmiany w otoczeniu jak i zmiany endogenne. Zwykle postęp to rozwiązywanie konkretnych problemów w konkretnym miejscu i czasie, odkrywanie małych usprawnień działających w konkretnych sytuacjach. Może prowadzić raz tam, raz z powrotem, jednak nie bardzo można go zatrzymać. W szczególności, nie możesz oczekiwać, że w dowolnej sytuacji ludzie przestaną wynajdywać i wdrażać sposoby usprawniające im życie. A to, pomijając katastrofy, prowadzi do produkowania jakiś tam nadwyżek.

10.01.2017 0:41 adaś

Obserwując waszą dyskusję chciałbym zauważyć, że pojęcie postęp nie jest precyzyjne i może być subiektywne. Ktoś używa trzech noży, małego, średniego i dużego. Każdy nóż nadaje się do jednej pracy lepiej a do drugiej gorzej, ale noszenie trzech noży jest niepraktyczne. Więc postanawia używać tylko noża średniego, który przy odpowiedniej wprawie pozwala zadowalająco wykonać prace które dotychczas wykonywał nożem małym i dużym. Właściciel noży uważa, że jest to postęp i swoją wiedzę przekaże synowi. Ale archeolodzy którzy za 1000 lat będą badać te sprawę mogą stwierdzić, że plemię się uwsteczniło.

10.01.2017 2:38 bushman

@Adaś
Dokładnie tak. Jeśli jednak w tym przypadku odciążony nożownik będzie w stanie wyprodukować nadwyżki, to albo spłodzi więcej dzieci, albo z poświęci je na kulturę, wynajdzie coś nowego, albo przyjdzie jakiś nadnożownik i wykorzysta zwiększoną mobilność nożownika robiąc kroczek w komplikowaniu struktury społecznej.

10.01.2017 15:27 Autor Artykułu

Pojęcie postępu oznaczało kiedyś po prostu "ciągłe podążanie w tym samym kierunku". Jeśli Ty, Bushman, definiujesz "postęp" po prostu jako "zmiany, które pomagają dostosować się do środowiska", to taki postęp faktycznie będzie trwał w nieskończoność.

Jeśli chodzi o relację między pracą ludzką a pracą maszyn - w obu występuje prawo malejących korzyści. Przy pewnych pracach możesz zastąpić bardzo wielu robotników niewielką liczbą maszyn i specjalistów - przykładem jest sypanie węgla do kotła w elektrowni. W innych pracach różnica nie jest już taka duża - możesz zainstalować podajnik węgla w domowym kotle, ale jeśli nisko cenisz swoją pracę bardziej opłaca Ci się kocioł bez podajnika. Są czynności, przy których zastąpienie robotnika maszyną po prostu nie ma sensu - jeśli np. masz grilla, którego rozpalasz kilka razy w roku, to oczywiście możesz zainstalować podajnik węgla i obracany ruszt, a nawet wyposażyć grill w podwozie i kartę debetową, aby sam pojechał kupić węgiel do sklepu, ale to nie ma sensu.

Albo tak jak w przykładzie Adasia - jeśli najbardziej optymalnym wyborem jest jeden nóż, to musisz pogodzić się z tym, że czasem praca zajmuje Ci dłużej.

12.01.2017 14:03 bushman

@Autorze, zapewne nasze definicje postępu daje się pogodzić, trzeba tylko zrozumieć co jest _CELEM_ postępu.
Jeśli jednak zechcesz go rozpatrywać w kontekście jakiejś arbitralnej miary, takiej jak liczba i zróżnicowanie noży, to żadnego generalnego kierunku w nim nie ma i nigdy nie było.
To tak jak z procesem ewolucji biologicznej: naiwne wyobrażenie jest takie, że ewolucja to kierunkowy proces, który prowadzi od prostych bakterii do człowieka. Że wysoko zorganizowane istoty żywe były celem ewolucji. Tymczasem w ewolucji postęp zachodzi czasem w kierunku komplikowania struktury, czasem w kierunku uproszczenia, ale ZAWSZE w kierunku usprawnienia ewolucyjnego celu jakim jest zmaksymalizowanie liczby zdolnych do dalszego rozmnażania potomków.
Postęp jest analogiem ewolucji, tyle że odbywa się przede wszystkim na poziomie kulturowym, przede wszystkim w ludzkich głowach.
Owszem, można tu znaleźć pewne analogie. Np. jeśli ludzie odkryją jakiś sposób wyżywienia większej populacji na danym obszarze, to raczej z czasem taki sposób życia, nawet jeśli będzie miał sporo wad, wyprze poprzedni. Stanie się tak dlatego, że ludzie którzy wybiorą ten nowy sposób życia będą mieli więcej potomków i w końcu "przykryją czapkami" konserwatystów. Inna sytuacja będzie wtedy kiedy konkurować będą dwa sposoby wykorzystania nadwyżek, jeden przeznaczony na zwiększenie wielkości populacji, drugi - na pomnożenie skuteczności mierzonej aktualnie obowiązującymi kryteriami (fizycznej, militarnej, gospodarczej) na tyle, że zrównoważy ona przewagę liczebną.
Czyli podsumowując - w postępie nie ma założonego kierunku na komplikację, ale raczej na efektywność wykorzystania środowiska, natomiast można zauważyć pewne kierunkowe procesy, które w określonych okolicznościach do takiej komplikacji prowadzą.

Myślę jednak, że kwestie semantyczne mają marginalne znaczenie. W istocie nasza kontrowersja sprowadza się nie tylko do definicji słów.
W skrócie ja to widzę tak: Może nadejść okres upadku, kiedy wszystko będzie się dramatycznie upraszczać z powodu braku zasobów do podtrzymania tego co było. W trakcie tego okresu po jakimś czasie populacja ludzka spadnie zapewne poniżej pojemności środowiska, a upadek się zatrzyma. W trakcie takiego upadku ludzie oczywiście nadal zachowają rozum i zdolność do odnajdowania skuteczniejszych sposobów działania w danym momencie, jednak z powodu zewnętrznych okoliczności te pomysły będą raczej tylko ograniczać straty.
Jak upadek się zatrzyma, znowu powstaną warunki do wymyślania sposobów generowania nadwyżek. I teraz powiedz mi, jaki mechanizm miałby powstrzymać ludzką przemyślność przed postępem generalnie w takim kierunku?

12.01.2017 15:13 Autor Artykułu

@ Bushman

Ja również dokładnie tak widzę naszą przyszłość.
Taki scenariusz starałem się opisać w "Modelu Kuźni".

Dziękuję za wyjaśnienia i komentarze.

12.01.2017 19:52 bushman

Jeszcze jedno chciałbym powiedzieć.
Ludzka zdolność do innowacji w znakomitej większości przypadków odpowiada na bieżące problemy, rozwiązuje je nie zwracając uwagi na dalsze konsekwencje zmian. Przez większość historii po prostu nie było narzędzi, by przewidywać odległe skutki swoich decyzji.
Dziś żyjemy w czasach w których coraz więcej można przewidzieć. Globalne ocieplenie i jego skutki przewidywano już dziesiątki lat temu. Raporty Rzymskie napisano już prawie pół wieku temu. Problemem jest to, że tej wiedzy nie udaje się póki co przełożyć na spójne działania praktyczne. Może być tak, że ostatnie kilkadziesiąt lat, to był właśnie najlepszy moment na uwzględnienie wiedzy o odległych skutkach naszych działań. Teraz koszty reakcji wykładniczo rosną, potem nie będzie zasobów nie tylko już na wdrażanie modyfikacji, ale i na przewidywanie skutków przyjmowanych rozwiązań.
I to co być może jest istotą naszego sporu: tylko wysoko złożone społeczeństwo ma taką potencjalną (choć nie wiem czy faktyczną) zdolność nie tylko do reagowania na bieżące wyzwania, ale do przewidywania odleglejszych skutków i projektowania swojego rozwoju z uwzględnieniem tej wiedzy.

13.01.2017 1:13 Coyote

Fakty są takie że większa cześć Polaków to też te 40 % biedoty co zużywa 5 % zasobów .
Populacja ludzka mimo pewnych odchyleń wywołanych tanią energią z kopalin ma pewne skuteczne bo niestety brutalne bezpieczniki .
Limitują ją dostępne odnawialne źródła wody i żywności .
Jak brakuje to niestety głód , choroby i walki szybko przywracają równowagę .

Za to chciwość i próżność granic nie mają .
To rozpasanie klasy wyższej i średniej-wyższej odpowiada za problemy z GO i surowcami .
Ich wille , jachty i tłuczenie się po świecie prywatnymi odrzutowcami . Herbatki importowane z drugiego końca świata i samochód z salonu co dwa lata .
Gęba pełna frazesów i nowa tesla zamiast dodga ram to zwykła hipokryzja a nie żadna świadomość .
Bo w rozrachunku zużytych surowców wychodzi na jedno .
Tu jest problem .
A nie "Seba z Karyną" i ich pierwszy w życiu wypad do Mielna golfem 3 zatankowanym za pieniądze z 500 + czy slumsy Delhi .

A żeby nie robić zupełnego offtopu , poziom życia wynika z zaplecza surowcowego nawet bardziej niż z poziomu technologicznego .
Koniec kopalin oznacza więc stopniowy zjazd do początku XIX wieku nawet przy zachowaniu technologii . Czyli cywilizacja produkująca jednostkowo np; komputery ale gdzie codziennością większości populacji jest lampka łojowa i krowi zaprzęg .

13.01.2017 11:43 bushman

@ Coyote

Właściwie nic z tego co napisałeś nie jest prawdą.
W Polsce nawet najbiedniejsze 10% społeczeństwa konsumuje o wiele więcej od biedoty w biedniejszych i ludniejszych rejonach świata w Chinach, Indiach, czy Afryce (a mieszkańcy tych miejsc to połowa ludności świata).

Co do limitowania populacji głodem, to od lat ten mechanizm nie działa. Głodu jest coraz mniej. Produkcja żywności jest większa niż potrzeby ludności ziemi. Oczywiście nie wszyscy mają do tej żywności dostęp, ale ma go coraz większa część ludzi. Tyle że to wszystko odbywa się niejako na kredyt, odbywa się dzięki pompowaniu w rolnictwo zasobów nieodnawialnych i skutkuje zmianami klimatu które podkopują funkcjonowanie rolnictwa. No i skutkuje tym, że przyrost populacji nie zatrzymuje się, tylko trwa nadal.

Co do chciwości i próżności to jest to wszystko limitowane dostępem do zasobów tak samo jak i populacja. Ile osób na świecie stać na tłuczenie się po świecie prywatnymi odrzutowcami? Ile realnych zasobów takie osoby zużywają?
Oczywiście, że dziś elektryczna tesla nic nie rozwiązuje. Ale dzięki tym bogatym ludziom którzy szpanowali teslami za zylion dolarów, dziś już są tesle za $30k, czyli dostępne dla zwykłej klasy średniej, a z czasem może będą tak dostępne jak samochody na benzynę. A to już rozwiąże jeden z problemów ludzkości. No i pamiętaj, że ktoś kto kupuje nowy samochód choćby i co rok, raczej nie wyrzuca starego, tylko sprzedaje go, więc w sumie zużytych zasobów ten bilans wychodzi na zero. Strata jest dopiero tam, gdzie się złomuje samochód który mógłby jeszcze jeździć.

Tak czy inaczej wracając do ogólnej refleksji: już dziś znaczna część, być może większość, tej jak to określasz, chciwości która nie ma granic, jest realizowana przez gromadzenie wirtualnych fortun w różnego rodzaju instrumentach finansowych, a nie w realnej konsumpcji wymagającej pokrycia w dostępnych zasobach.

Koniec kopalin nie oznacza stopniowego zjazdu do początku XIXw tylko gigantyczną katastrofę, w której zabraknie żywności dla _WIĘKSZOŚCI_ ludzi, bo bez tych kopalin nie da się utrzymać intensywnej produkcji rolnej, która żywi dzisiejszą przerośniętą populację.

13.01.2017 20:04 Coyote

@Bushman nie wiesz że pensja robotnika wykwalifikowanego jest w Chinach wyższa jak w Polsce . Z tego co jeździłem po Polsce i świecie mam jasny obraz , żonglerka liczbami sobie ale prawda taka że jesteśmy gdzieś między RPA a Brazylią . Tylko Stalin z Bierutem nam problemy etniczne rozwiązali .
Może z zamkniętych osiedli tego nie widać ale taka prawda .
Tesla to kompletna bzdura dla naiwnych , problemem jest sieć logistyczna oparta na ciężarówkach . Jak zmajstrują sensowny kosztowo i zasięgiem ciągnik naczepowy albo chociaż pickupa można by o tym gadać .
Jak podliczyć surowce zużyte na produkcje i krótki dzięki planowemu postarzaniu okres eksploatacji oraz emisje okazuje się że tesla nic się nie różni od dodga . Koszty wydobycia i przerobu litu się kłaniają .
Rzeczywiście , spojrzenie mam momentami skupione na europie środkowowschodniej , z jej populacją niewiele większą jak na początku XX wieku . A są kupy piachu gdzie dzięki zbożu kupionemu za surowce z 1,5 miliona zrobiło się 200 .
Kiepsko , ale mówiąc brutalnie ich problem .
Mamy własne a tamtym i tak nie pomożemy .
Gorzej jak się z nimi tu dowleką ale to już inny temat .
Swoja rodzina , sąsiedztwo , dalej naród-grupa etniczna .
Prosta hierarchia wartości .

Zjazd będzie stopniowy , z kolejnymi punktami krytycznymi . W miarę wyczerpywania się paliw o dobrym EROI .
Coraz droższe paliwa i prąd , ceny żywności i podstawowych produktów .
Coraz silniejszy drugi obieg tych produktów i rozmaitych zamienników , jak za Jaruzela .
Coraz gorzej utrzymywana infrastruktura i działanie służb jak pogotowie ratunkowe , straż pożarna i policja .
I punkty krytyczne , zamieszki , wojny , rewolucje , wielkie głody , epidemie choćby głupiego tyfusu i grypy .
Po każdym stabilizacja ale w większej biedzie niż przed .

Scenariusz utrzymania technologii drugiej połowy XX przy spadku poziomu życia do wczesnego XIX w to moim zdaniem skrajnie optymistyczny ale w granicach realizmu .
Raczej tak jak kiedyś pisałem , średniowiecze z czwór polówką , bronią odtylcową i silnikiem spalinowym .

14.01.2017 22:36 bushman

@coyote
Nie wątpię, że pensja robotnika wykwalifikowanego w Chinach jest wyższa niż pensja robotnika niewykwalifikowanego w Polsce. Porównaj pensje robotnika wykwalifikowanego z jakiejś kluczowej dla Chin dziedziny gospodarki z np. Polskim górnikiem. To jest miarodajne porównanie. A ja na wsiach i w małych miasteczkach widuję ludzi którzy mają żal do Unii Europejskiej i Warszawiaków z zamkniętych osiedli, ale jakoś - budują sobie solidne murowane domy i jeżdżą samochodami. Znam też meneli, którzy topią życie w wódzie, którzy dzięki dorywczym pracom jakoś tam wiążą koniec z końcem, a pracownicy pomocy społecznej sprawdzają, czy aby nie grozi im zamarznięcie. Nijak to się nie ma do obrazka z jakiś faweli czy slumsów. Zapewne są w Polsce ludzie mający gorzej niż Ci których ja widuje, ale to nie jest reguła atakująca każdego kto wyjdzie za płot grodzonego osiedla.
Podsumowując: pensje specjalistów w Chinach faktycznie zbliżają się do pensji Polskich, choć jeszcze ich zdaje się nie przekraczają, jednak w Chinach są ogromne rzesze (tak 50%) ludzi którzy zbyt biedni by wogóle płacić podatki dochodowe i wchodzić do tych statystyk. A Chiny to jednak kraj który dzięki mądrej polityce jednego dziecka - dokonał skoku pod tym względem w porównaniu do Indii czy większości krajów Afrykańskich.

Piszesz o Tesli, cóż - to nie marudy pchają świat do przodu. Można życie strawić na mówieniu "to się nie uda, to nie ma sensu" ale to całkowicie bezproduktywne podejście.
Samochody tesli stają się coraz łatwiej dostępne. Są już projekty ciężarówek z silnikami elektrycznymi. Albo z ogniwami paliwowymi, albo zasilanych z trakcji z akumulatorami zapewniającymi autonomiczność wystarczającą na dojazd od trakcji do miejsca docelowego, a i umieszczenie w nich potężnych akumulatorów zapewniających 500 czy 1000 km do ładowania, też jest teoretycznie możliwe. To ewidentnie technologia w okresie burzliwego rozwoju. Przewidywanie co z tego wyniknie to wróżenie z fusów, jednak to co się dzieje jest _OBIECUJĄCE_.

Co do populacji, to oczywiście, że u nas w Europie populacje rosną przez ostanie 100 lat relatywnie powoli. Wynika to z tego, że UROSŁY WCZEŚNIEJ. Są możliwe do utrzymania tylko dzięki IMPORTOWI surowców z tych "kup piachu" jak to nazywasz. A scenariusz upadku może wyglądać zupełnie inaczej: jak staczanie się kuli śniegowej po zboczu góry. Jak będzie trzeba się mierzyć z obniżaniem konsumpcji, głodem, setkami milionów ludzi uciekających z tych "kup piachu" w których już się nie da żyć, to wszystko może upaść bardzo szybko i bardzo gwałtownie.

Dodaj komentarz

Kod
grakalkulator kalkulator zuzycia ciepla

Informacje

Linkownia

Wykonanie PONG, grafika GFX RedFrosch.



logowanie | nowe konto