Wszystko wskazuje na to, że trwający w Durbanie szczyt klimatyczny zakończy się klinczem i jedną wielką kompromitacją polityków, instytucji
międzynarodowych i ludzkości.
Czemu jestem tak pesymistycznie nastawiony? Ponieważ każdy ciągnie w swoją stronę, rozgrywając swoją własną małą grę. I pewnie nie zmienią tego nawet słowa przedstawicielki ONZ Christiany Figueres,
która na otwarcie szczytu zacytowała byłego prezydenta RPA Nelsona Mandelę:
„Takie rzeczy zawsze wydają się niemożliwe, dopóki nie zostaną zrobione".
Głównym celem 12-dniowego szczytu, na którym zebrali się delegaci wszystkich 193
krajów należących do ONZ, jest doprowadzenie do zmniejszenia emisji gazów
cieplarnianych o połowę do 2050 roku. Tymczasem z każdym kolejnym rokiem ta
emisja rośnie. W 2010 roku – głównie z powodu Chin i Indii przekroczyła 30
miliardów ton.
Poprzednie szczyty – w tym dwa ostatnie w Kopenhadze i Cancun – zakończyły się w
tych sprawach ustaleniami, które nie mają żadnej mocy wiążącej. W rezultacie
mało kto się do nich stosuje.
"Szanse na to, że w Durbanie uda się
cokolwiek ustalić, są skrajnie małe", uważa Nick Nuttall,
rzecznik Programu Środowiskowego ONZ. "Nie widzę woli porozumienia, każdy
ciągnie w swoją stronę. Mimo tylu lat wysiłków nie udało się wypracować
globalnego myślenia. Biedne kraje oczekują pomocy od bogatych, a bogate nie mogą
się dogadać między sobą."
Główną kością niezgody stał się upływający w grudniu 2012 roku protokół z Kioto, zobowiązujący kraje
uprzemysłowione (i tylko nie) do ograniczenia emisji.
Kraje rozwijające się, takie jak Chiny i Indie czy Ekwador chcą jego
przedłużenia i odrzucają możliwość nałożenia ograniczeń na swój wzrost emisji,
argumentując, że i tak w przeliczeniu na osobę są znacznie niższe niż w krajach
Zachodu, a do tego w oparciu o paliwa kopalne Zachód zbudował swoją
infrastrukturę i dobrobyt, więc one też powinny mieć do tego prawo.
USA nie ratyfikowały porozumienia z Kioto, uznając, że nie ma sensu
zobowiązywać się do redukcji emisji, jeśli z traktatu będą wyłączone Chiny,
Indie i inne kraje rozwijające się. Kongres USA twardo twierdzi, że do redukcji
emisji może zobowiązać się jedynie, jeśli zrobią to Chiny i inne kraje
rozwijające się. Razem Chiny i USA odpowiadają za 40 procent światowych emisji
CO2.
Stanowisko USA podziela Kanada, która co prawda podpisała traktat z Kioto,
zobowiązując się do zredukowania emisji o 6% względem poziomu z 1990 roku, ale
nie dotrzymała zobowiązań, zwiększając emisje o 17%. Kanada jeszcze w styczniu chce się wypisać z ustaleń z
Kioto i otwarcie mówi, że
jeśli Chiny i Indie nie zobowiążą się do ograniczenia emisji, to sama też nie
będzie ich ograniczać.
O ile najwięksi emitenci - Chiny i USA – nie podejmą zobowiązań, to Rosja i
Japonia też nie widzą sensu podejmowania zobowiązań bez nich. Do podobnych wniosków dochodzi też Unia
Europejska.
Opinia całej reszty małych krajów, z jednej strony odpowiedzialnych jedynie
za mikroskopijną część całkowitych emisji, a z drugiej strony często
najbardziej zagrożonych zmianą klimatu, właściwie się nie liczy.
Tak więc, dopóki są dostępne paliwa kopalne lub nie zdarzy się coś, co
przełamie impas (niewiele brakowało, aby w sierpniu huragan
Irena zatopił Nowy Jork – może to coś by zmieniło?), będziemy dalej iść
obecną drogą.
01.12.2011 20:54 logic
Czemu mnie to nie dziwi ?
01.12.2011 22:22 gupol
to oczywiście było do przewidzenia. żaden szczyt klimatyczny nigdy nic tu nie wskóra. http://www.theoildrum.com/node/8615
pozwolę sobie zacytować fragmencik:
"Jeśli wzrost PKB i zużycie energi są ściśle powiązane, osiągnięcie porozumienia w celu ograniczenia emisji będzie trudniejsze niż się wydaje. Bez ogromnego wzrostu wydajności i oszczędności redukcja emisjii powiedzmy o 80% do 2050r., najprawdopodobniej będzie wymagała proporcjonalnej redukcji wielkości światowego PKB. Większość tej redukcji musiałaby pochodzić z krajów wysokorozwiniętych. trudno sobie wyobrazić by to się odbyło bez załamania gospodarczego."
nic dodać nic ująć. nikt nie chce "skurczu" gospodarczego. tzw. "negocjatorzy" świetnie zdają sobie z tego sprawę. to co widzimy to medialny kabaret. dreptanie w miejscu i pozorowanie działań. gorzej- pozorowanie intencji działania. tak samo jak nie chce mi się wierzyć że politycy i ekonomiści nie rozumieją że przyczyną trwającego od 4 lat kryzysu, są wysokie ceny energii. w latach 70 nikt nie miałby co do tego watpliwości. wtedy podjęto odpowiednie działania. przyznanie tego dziś oznaczało by oficjalne potwierdzenie peak oil i panikę na giełdach. dlatego wszyscy idą w zaparte i grają swoją rolę. w brytanii podniesiono ostatnio limit prędkości na autostradach o 10 km/h. przypadek czy ktoś po prostu nie chce wywoływać paniki? w mediach sa tylko słowa kryzys, zadłużenie, bezrobocie, cięcia budżetowe, programy oszczędnościowe, plany ratunkowe, pakty stabilizacyjne. ale już nie wolno używać ich razem ze słowem "inflacja". a jak już mówią że ceny paliw ida w górę to kto jest winny?- oczywiście podatki i akcyza-bo rząd szuka pieniędzy i chciwi spekulanci. wszystko pomieszane. skutek z przyczyną, przyczyna ze skutkiem. to jest niewiedza czy celowa medialna manipulacja? jak człowiek zrozumie o co chodzi to robi mu się niedobrze na widok takiego zakłamania. niech to wszytsko wreszcie się zawali. im prędzej tym lepiej.
02.12.2011 10:19 Adi
Gupol, stałeś się gorszym pesymistą ode mnie ;)
Potwierdza się mój pogląd. Nie ma mowy o jakiejkolwiek zrównoważonej gospodarce. Zużyjemy wszystko najszybciej jak się da.
Poza tym problem ocieplenia klimatu trochę nie pasuje do psychologii człowieka. Możemy reagować na gwałtowne zmiany typu powodzie, pożary, burzę, czy huragan. Tu reagujemy, zapobiegamy skutkom. Natomiast problem zmian klimatycznych to coś co postępuje bardzo powoli, prawie niezauważalnie w ciągu naszego krótkiego życia. Poza tym bieżąca pogoda jest zbyt zmienna, żeby bez badań naukowych każdy człowiek uświadomił sobie, że coś się dzieje, nie mamy wytworzonej zdolności bezpośredniej percepcji tego zjawiska . My w ogóle nie jesteśmy zaprogramowani na reakcję na coś takiego jak zmiany klimatu, to jest poza naszą zdolnością ogarnięcia. Wiemy z badań naukowych że zmiana klimatu postępuje, natomiast żaden z nas na podstawie zmysłów i umysłu nie wyczuwa tego.
02.12.2011 10:39 logic
To nie pesymizm tylko realizm
02.12.2011 18:18 adaś
Ja trochę rozumiem stanowisko biedniejszych krajów. Można porównać to do sytuacji w rodzinie gdzie było dwóch braci. Po rodzicach otrzymali dużą działkę. Między braćmi była duża różnica wieku-16 lat. Zanim młodszy skończył podstawówkę starszy na działce wybudował wielką chatę i basen. Gdy młodszy dorósł też chciał zbudować dom dla siebie. Wtedy starszy zaczął marudzić, że działka za mała na drugi dom, że to popsuje krajobraz, wytoczył argumenty o ochronie środowiska itd. Na to młodszy brat powiedział: przecież wiedziałeś, że jest nas dwóch, a działka jedna. Po co budowałeś tak wielką chatę i niepotrzebnie ogrzewasz puste pokoje? Jak nie chcesz żebym budował, to podziel się ze mną. Oddaj jedno piętro domu i pozwól korzystać z basenu. Czy rodzice mówili, że mam mieć gorzej tylko dlatego, że jestem młodszy?
Problem polega na tym, że starszy brat ma kochankę. Musiałby jej powiedzieć: słuchaj , na twoje autko nie mam już miejsca w garażu, no i niestety w tym domu nie zawsze będziemy mogli być tylko we dwoje...
02.12.2011 18:18 Radosław
Za 50 lat nasze wnuki powiedzą, że byliśmy optymistami, bo wiedzieliśmy co sie wydaży, ale nie działaliśmy, wiec niejako zlekceważyliśmy naszę przewidywania.
Natomiast mogę potwierdzić, że wszyscy inwestorzy na Wall Street i na całym świecie, wszyscy przezesi korporacji i wszyscy politycy wiedzą że obecny kryzys jest nie finansowy lecz energetyczny, ale nie mówią tego by niewywołać paniki.
I dobrze robią, bo my teraz jeszcze ni potrzebujemy świadomości społeczeństwa, bo co oni by zrobili?
Nikt by niezrezygnował z samochodu, nie ograniczył konsumpcji. Za to wszyscy wiedząc że portwa to 20-30 lat wyciągnęli by pieniądze z banku, nie podpisali wielu inwestycji, wstrzymali budowy i możę zrezygnowali ze studiów.
Świadomośc społeczeństwa jest niezwykle ważna, ale zanim to nastąpi, zanim nastąpi przemiana musimy być przygotowani technologicznie, prawnie, psychicznie, organizacyjnie i dystrybucyjnie.
05.12.2011 19:12 Unknown
Właściwie to nie macie racji. W roku bieżącym (2011) w/g szacunków Chiny prześcignęły Francję pod względem emisji CO2 per capita (oba kraje emitowały w roku bieżącym ok. 7 ton CO2 na mieszkańca), co dowodzi niezbicie, że można konsumować na europejskim poziomie równocześnie emitując mniej niż Chiny obecnie.
Wprowadzenie ogólnoświatowego limitu emisji równego 7 ton CO2 rocznie na każdego mieszkańca Ziemi jest wykonalne, krajom, które emitują więcej można dać czas na obniżenie emisji, można ustalić jakieś sankcje za emisje powyżej tego progu - itp. itd.
05.12.2011 20:53 gupol
hola hola panie unknow. francja prawie wogóle nie używa węgla bo czerpie niemal całą energię elektryczną z elektrowni atomowych. bądżmy sprawiedliwi. do tego większość europejskiego przemysłu ciężkiego dziś rezyduje w chinach więc czyje to są emisje? chińczyków czy nasze? a jeśli już to dyskutujmy nie o obecnym lecz o historycznym zużyciu kopalin per capita. ale to już i tak bez znaczenia. dyskusja o wprowadzeniu limitów emisji CO2 traci rację bytu w sytuacji gdy Europie grozi ekonomiczna, społeczna i polityczna dezintegracja. skoro tak trudno było wprowadzić jakiekolwiek działania w okresie gospodarczej prosperity to jakim cudem może się to udać w obliczu gospodarczej apoklipsy gdzie kazdy kraj myśli o sobie? w miarę jak wzrost gospodarczy staje się coraz trudniej osiągalny tym większą staje się obsesją dla polityków. moim zdaniem konferencje klimatyczne wogóle zostaną porzucone i zapomniane gdy wkońcu zacznie się dyskusja na prawdziwy temat- gigant: peak oil. wprowadzenie ogólno światowego limitu emisji zostanie wprowadzone w najlepszym razie jako niezamierzony efekt uboczny zmiany całego paradygmatu ekonomicznego i gigantycznych wysiłków w celu ograniczenia zużycia energii na świecie. i to jest wariant optymistyczny:)